Tradycyjne polepszacze;)

  Pojechałam wczoraj do Dużego Miasta, a właściwie zostałam zawieziona. Męczy mnie kaszel, katar i lekki ból gardła, ale bez temperatury. Próbuje domowymi sposobami powrócić do formy, ale antybiotyk jest w pogotowiu. Nie cierpię łykać tabletek, do antybiotyków mam stosunek negatywny, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że często są niezastąpione. Więc wykorzystałam swój nie najlepszy stan, by zwerbować męża na kierowcę. Nawet nie musiałam namawiać, bo mąż mimo ogromu pracy zawsze jest gotowy do dobrych uczynków. Przez całą tę cholerną zimę, gdy musiałam bladym świtem wyjeżdżać do DM, to zawsze czekał na mnie już rozgrzany samochód. To bardzo miłe, wręcz kochane i lepsze niż kwiatek na walentynki czy dzień kobiet 😉

Wracając z DM, w ręku trzymałam receptę i biłam się z myślami- wykupić czy też nie. Dostałam pigułki na lepszy sen, może i na lepszy nastrój, choć o śnie była mowa. Do tej pory unikałam  tego typu pigułek, nawet w szpitalu. Owszem wypróbowałam, gdy moim marzeniem było przespać  całą noc i nie wstawać kilka razy po to, by biec do toalety, kiedy robiło mi się niedobrze. Nie działały. Dlatego na trasie z dużego do średniego miasta próbowałam podjąć jakąś decyzję. Stwierdziłam, że jednak wykupię, niech będą w domu. Mąż wysadził mnie przy galerii, a sam pojechał jeszcze coś załatwić. Apteka znajdowała się na samym końcu pasażu. Po drodze wstąpiłam do salonu z butami, ot tak przyjrzeć się co piszczy w trawie, czyli nacieszyć oko wiosenną kolekcją. I wsiąkłam, bo jeszcze nie widziałam na raz tylu butów, które od razu bym chciała mieć ;)Jestem dość wybredna i wymagająca, ale i ograniczona. Ograniczona wysokością obcasa, rzadko kupuję wyższe niż 6-7 cm, a najbardziej odpowiada mi taki 4-5cm i płaski. A tu przede mną przynajmniej kilka par, którymi się nie tylko zachwyciłam, ale również odpowiadały moim wymogom. Już wiedziałam, że bez butów ze sklepu nie wyjdę. Decyzja padła na czółenka z paskiem  w miodowym kolorze 🙂 Zadowolona ruszyłam do apteki, ale już z mniejszym przekonaniem. Po drodze była księgarnia, której ominąć nie mogłam. W sobotę kupiłam  reklamowaną w TV powieść kryminalną szwedzkiego autora, a właściwie pierwszy tom sagi Millennium i już ją przeczytałam mimo ponad 600 stron. Ale czytało się fantastycznie, więc od razu zapadła decyzja o kupnie 2 i 3 tomu. Teraz przede mną prawie 700 stron drugiego tomu  światowego bestselleru, którego naprawdę nie czyta się, tylko połyka w ekspresowym tempie. I nie jest to tylko moje zdanie. Mając w torbie buty i książkę, tak właściwie już mi nic do szczęścia potrzebne nie było, ale jeśli już podjęłam decyzję o wykupie tabletek, to w końcu dotarłam do apteki. A tam spotkała mnie niespodzianka. Panie w ilości sztuk 4 nie potrafiły odczytać recepty, nie znały leku, próbowały konfiguracji różnych liter i  poniosły fiasko. Bardzo mnie przepraszały, ale ja z uśmiechem na ustach odpowiedziałam, że nic nie szkodzi. Jeszcze będąc w aptece, zadzwonił mąż, że już czeka na mnie przy wyjściu. Gdy się spotkaliśmy, widząc torbę w  moim ręku, zapytał się, czy wykupiłam lek. Odpowiedziałam, że nie, ale już z większą radością dodałam, że kupiłam buty i książkę 🙂 Przyznaj się, że apteka  była tylko pretekstem do tego, by  w  tradycyjny sposób  poprawić sobie nastrój– usłyszałam. Nie wiem, ale coś w tym jest. Bo patrząc na moje miód-cud buty i trzymając w ręku książkę, jestem radosna niczym skowronek na wiosnę 😉 Przede mną talerzyk ze świeżutkim i  jeszcze cieplutkim pączkiem, tabliczka czekolady mojito, i całe pudełko czekoladowego ptasiego mleczka. Kawa już się parzy…i czy więcej potrzeba?  Tak,  stanowczo jestem za poprawianiem sobie nastroju w tradycyjny sposób 😉
 
 
 
Reklamy