Wizyta…

   Pewne wizyty  mają z góry określony charakter. Ta była totalnym zaskoczeniem. Uprzedzona 15 minut przed, w najśmielszych domysłach  nie zbliżyłam się nawet  na milimetr do tego, czego miała dotyczyć. Bo czy człowiek zakłada od razu najgorsze? No nie. Ale wystarczyła chwila i jedno słowo, może dwa, gdy już wiedziałam. Nagle zobaczyłam siebie sprzed 12 lat. Wróciło do mnie to wszystko,  co wtedy czułam. Strach pomieszany z optymizmem i wiarą, że się uda. Ta sama diagnoza, mniej więcej ten sam wiek, również małe dzieci. Szlag.

Jak ja dobrze Ją rozumiem.
Jak i to, że nie ma nic gorszego niż czekanie.
Na konsultacje.
Na operacje.
Na leczenie.
Podałam nazwiska. Wykonałam telefon. Powiedziałam, co zrobić, jeśli już pierwszy termin okaże się zbyt odległy.
Padły banalne słowa.
O optymizmie. O dzieciach. O tym, że stres jest wrogiem. I że będzie dobrze.
Bo do jasnej choler.y ma być dobrze!
 
Szlag!
Szlag, bo to kolejna osoba, która nie lekceważyła badań ( pisałam już o tym  TU), a została zlekceważona przez lekarza. Mogła już dwa lata temu być zdiagnozowana. Uwierzyła lekarzowi, że to nic takiego, że się samo wchłonie itp…
Szlag!
 
Reklamy