Brak działania…

   Od dwóch dni snuję się po domu, a ściśle mówiąc, pokładam się tu i ówdzie, czyli albo łózko, albo kanapa. Od czasu do czasu poobijam się o  kuchenne meble z kiepskim skutkiem. Z kiepskim, bo nawet kawy nie potrafię szybko i sprawnie zrobić. Myśli wcale nie krążą gdzieś w obłokach, bo one mokre,  szare, bure i ponure. Więc nie wiem, dlaczego sypiąc kawę nasypałam sobie do brudnego kubka ze zużytą   herbacianą saszetką, a kiedy się zorientowałam i wzięłam drugi kubek i świeżą kawę, to okazało się, że kolo słoika z kawą  stoi już zasypany trzeci kubek. Mleko dodałam sobie do kubka niezalanego wodą. Zdarza się i zdarzyć się może każdemu, choć tu jakiś cykl nastąpił. Choróbsko mnie dopadło, mąż mnie świńską straszy i zakazał wychodzenia z domu, tak jakbym miała na to w ogóle ochotę i siły.  Ale…gdzieś w mojej głowie zakiełkowała myśl, że to nie przez  wirusy, które mnie zaatakowały, nie tylko przez nie jestem jakaś taka…

No właśnie jaka?

Byle jaka, zgnuśniała, czyli bez jakiejkolwiek formy do działania. 

Mój nastrój i nastawienie do świata sięgnęło dołu. A właściwie  stanu obojętności.
Szukam powodu i nie znajduję.
Nie, żeby było tak cudnie, pięknie i kolorowo, ale nie gorzej niż było.
Więc co mnie dopadło?
Pogoda?
Nie można wszystkiego zwalać na nią.
Na nią zwaliłabym  wirusy, którymi mnie obdarzyła i może niewielkie obniżenie nastroju. 
A może ten brak działania bierze się stąd, że tak naprawdę nie mam nic do działania.
Domowe obowiązki się nie liczą, te zawsze mogą chwile poleżeć odłogiem…