Drogie słowo drukowane…

   U nas nowe dostawy śniegu. Zima nie śpi, widać, że ciężko pracowała nocą. Jednak z  przemęczenia coś się jej poplątało, bo w tej chwili zamiast śniegu, deszcz leje. Masakra, będziemy mieć  najdłuższe lodowisko na świecie 😉

No właśnie, taka mi myśl przegalopowała  wczoraj przez głowę, odnośnie ciężkiej pracy i zarobków zwykłego obywatela. A mianowicie: czy stać go będzie na zakup książek  dla własnej  przyjemności i potrzeby? W przyszłym roku  wzrost cen jest   nieunikniony,  spowodowany choćby wzrostem vatowskiej stawki z zerowej na wyższą. Na jaką  i kiedy, nie wiem, ale obiło mi się o uszy, że wyrok został ciut odroczony i nie będzie to od razu w styczniu.
Na obecne ceny książek już narzekamy. Oczywiście ci, co czytają i lubią książkę mieć na własność. Bo niestety czytelnictwo  ogólnie spada i jesteśmy narodem mało czytającym. Nawet jeśli  pod uwagę  weźmie się internet, w którym można już znaleźć  najnowsze teksty, różne opracowania itp. Dane  porażają, gdy mówią, że  mniej niż 40% Polaków  czyta jedną książkę rocznie. I mamy tendencję spadkową. Niestety.
Wczoraj byłam w Empiku. Miałam 1,5 godziny czasu, by podjechać pod kamienice Miśka i zabrać Go do domu. Stwierdziłam, że ten czas, zamiast spędzić między wieszakami, spędzę między półkami pełnych książek. Szczególnie że własną książkę miałam w torebce, więc mogłam przysiąść w kawiarnianym fotelu  przy filiżance kawy  i zabić czas oczekiwania. Spodziewałam się wprawdzie dzikiego tłumu, jak to przed świętami, ale się … rozczarowałam. Rozczarowałam się, bo jednak wciąż gdzieś tam po cichu  myślałam, że książka to dobry prezent… dla kogoś, dla siebie. Bo jako prezent, to jej cena jest  do przełknięcia, gorzej, gdy ktoś regularnie czyta i kupuje kilka  w miesiącu. Wtedy wydatek jest dość spory. Tylko ja tak do końca nie jestem przekonana, że tylko cena jest tą barierą, że czytelnictwo spada.  
Siedząc tak przy kawie, notabene również drogiej, bo zwykłe espresso z mlekiem  bez cukru  kosztowało całe 9 zł, wchłaniałam atmosferę i czułam się prze szczęśliwa.  Z pamięci wyłuskałam czasy, kiedy odwiedzałam księgarnie prawie codziennie, polując na cokolwiek nowego. Tak, kiedyś na książki się polowało, dziś półki sklepowe się od nich uginają.  Fajne czasy mamy- pomyślałam sobie. Poczułam, że tego właśnie  mi brakuje na tej mojej wsi. I tak się rozmarzyłam, żałując, że wciąż nie mieszkam w DM, bo mogłabym bywać  prawie codziennie w Empiku,  by wypić  dobrą  kawę  i po obcować ze słowem drukowanym. Po chwili  dotarła do mnie myśl, że dość kosztowne to moje marzenie…Niestety.