Tylko się buduj….

  Nasz dom ma już 20 lat. Fundamenty  wykopane  zostały latem- 22 lata temu  i  do  wiosny  następnego roku czekały, aż ruszymy z budową. Równo dwa lata po wbiciu w ziemię  pierwszej łopaty już się wprowadzaliśmy. Dość szybko, jak na tamte czasy, kiedy materiały na budowę trzeba było wręcz zdobywać, a nie jak teraz, swą dostępnością, ilością i jakością powodują budowlany zawrót głowy. Wtedy często trzeba było brać  to, co było, a nie to, co się chciało lub wymarzyło.  Również dotyczyło to ekipy budowlanej. Człowiek skazany był na miejscowych fachowców, a z nimi to różnie bywało.  A to projekt był za trudny,  więc każdy uskok prostowali, by ściany były  w jednej linii, bo tak łatwiej murować,  więc nie raz, nie dwa  burzyć musieli i na nowo  pod naszym nadzorem stawiać, ale najtrudniejsze to było dotrzymywanie terminów.  Jak Pan Budowlaniec złapał szwung, to przez dwa tygodnie się nie pokazywał.  I szukaj wiatru w polu. Nie było wtedy na rynku firm, którym człowiek by zlecił budowę pod klucz, umowę spisał i niczym się nie przejmował. We wszystkim musieliśmy uczestniczyć, nasze życie przez 2 lata było zdominowane przez budowę. Dziś jest podobno łatwiej. Spróbuję porównać.  Dzieci ( Tuśka  z mężem ) w końcu zaczęły budowę. Zacznijmy od działki: Z tym nie było problemu, naszą dostaliśmy od rodziców męża, a dzieci swoją od nas.  Jednak i tu my mieliśmy ułatwione zadanie, bo wybór był jeden. Tuśka do dyspozycji miała przynajmniej 3-4 miejsca. Wybór projektu: Nasz dostaliśmy od znajomego, który się już wybudował i po przerobieniu ( sami) na swoje  potrzeby zaakceptowaliśmy jego kształt i wymiar. Tuśka spędziła wraz ze swoim  Połówkiem wiele czasu na poszukiwaniu,  i gdy już przez jakiś czas myśleli,  że dokonali ostatecznego  wyboru, wpadł jej w ręce a właściwie w oczy inny i  zmienili plany. Sama w tym czasie ślęczałam w internecie oglądając przeróżne domy, i muszę przyznać, że  wybór jest  niesamowicie trudny. Działka i projekt już są- czas na papierkowe  sprawy, czyli na wszelkie pozwolenia. I tu muszę przyznać, że nie bardzo pamiętam ile to u nas trwało, ale mąż mówi, że dużo krócej niż u Tuśki, a przede wszystkim nie na wszystko był potrzebny papierek, czyli pozwolenie z urzędu. Gdy dzieci składały w gminie wniosek o warunki zabudowy, Pani Budowlaniec z góry ich uprzedziła, że cała kołomyja z papierami potrwa przynajmniej z pół roku. Nie myślcie sobie, ze wam pójdzie to szybciej, mój syn jak się budował, to po 7 miesiącach dostał pozwolenie – tu padły złowieszcze, ale jakże prorocze słowa…

  Nie uwierzyli…w końcu choć urząd ma czas na wydanie decyzji 2 tyg – do 1 miesiąca lub 1 miesiąc- do 3 miesięcy, to przecież nie musi od razu trzymać się tego ostatecznego terminu…Taaa a jeszcze każda decyzja musi się uprawomocnić, czyli   o dodatkowe  2 tygodnie  za każdym razem wydłuża  się czas oczekiwania.  Dzieci jednak z wiarą,  że w gminie Sami- Swoi;  w Starostwie gdzie w końcu wydają zezwolenie na budowę, też ktoś się znalazł, kto pierwszy termin sobie wziął do serca i,  już snuły  plany, że może jeszcze przed ślubem- końcem lipca  albo zaraz po nim- czyli najpóźniej w pierwszej połowie sierpnia ruszy budowa. W końcu początkiem maja złożyli wszelkie wnioski.  Ekipa budowlana również wybrana, sprawdzona, bo firma budowała już dom w rodzinie męża Tuśki, czekała tylko na możliwość podpisania umowy. Niestety, w urzędach pracują tylko ludzie, a to idą na urlop, a ci, co ich niby zastępują, udają, że nic nie mogą zrobić. Na szczęście terminy ich też obowiązują, tyle że wtedy już te ostateczne. A to  Pani Budowlaniec przytrafia się  jeden błąd w cyferkach i Starostwo cofa wszystkie dokumenty do gminy. Kolejny miesiąc dłużej trzeba czekać. Aż w końcu  decyzja i  zezwolenie na budowę zostaje wydane, teraz tylko  2 tygodnie musi się uprawomocnić i jeszcze tydzień trzeba czekać, by z budową ruszyć, gdyż przynajmniej 7 dni przed rozpoczęciem budowy trzeba  zgłosić jej rozpoczęcie. Terminy, terminy, czas, czas….i tak minęło 5 miesięcy.  Dzieci i tak mogą czuć satysfakcje, że nie więcej. No teraz mogliby odetchnąć z ulgą – wkracza ekipa  budowlana, umowa podpisana, że do końca marca przyszłego roku stan surowy otwarty będzie zakończony.  Liczyli wprawdzie, że  stan taki osiągną jeszcze w tym roku, niestety oczekiwanie na pozwolenia te plany  zniweczyły. 

No, ale teraz to już tylko  z górki… Wydawałoby się…Jednak lata mijają, a budowlańcy to  wciąż specyficzni fachowcy 😉 Najpierw w projekcie coś Tuśce się nie zgadzało, Pan Projektant, zamiast poszerzyć ławy to je pogłębił, ale na Jej uwagę stwierdził, że on już fachowców przypilnuje, by dobrze je wylali. Uspokojona Tuśka  wyjechała na uczelnie, wierząc, że jak wróci, to już będą wylane. Na razie widząc w kratkę ekipę na budowie, choć ją to denerwowało, to jednak miała świadomość, że weszli i tak wcześniej niż powinni. Ha!, jednak telefon jaki dostała  będąc jeszcze w Dużym Mieście, zwalił Ją z nóg. Kierownik budowy nie odebrał wykopu pod fundament bo….fachowcy obrócili dom o 180 stopni.  Ław wylanych po powrocie nie zastała…A mnie się nasuwa myśl, że o to znowu mamy powtórkę z rozrywki.  Jeśli chodzi o fachowców, to w branży budowlanej nic się nie zmieniło. Wciąż trzeba im patrzeć na ręce i deptać po piętach,  swój nos wszędzie wsadzać. Tuśka się tak wkurzyła, że już o zmianie ekipy myśli, tylko jaka jest szansa, że trafi na lepszą? Żadna. Ta niby już sprawdzona była 😉

A wydawałoby się, że teraz budowa to pikuś… Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, tylko mieć kasę i do przodu…Tylko jedno się nie zmienia…czynnik ludzki, który w tej branży najczęściej zawodzi.

No i jeszcze pogoda, która również może pokrzyżować plany.