Jak coś wywinie- to nie do mnie ;)

 No i problem powrócił jak bumerang, a wydawałoby się, że już to przerabialiśmy.  Z racji wieku – najpierw z Tuśką, a potem z Miśkiem. Zeszłoroczny,  samodzielny  wyjazd Miśka nad morze z kolegą i koleżanką, z którego wrócił cały i zdrowy,  teoretycznie powinien przetrzeć szlak zezwoleń na takie wypady.  Dlatego, gdy zakomunikował mi, że ma plan wakacyjnego wyjazdu,  to jedynie termin uległ modernizacji, tak by przed zaślubinami siostry zdążył do domu wrócić 😉 I gdy już było wszystko ustalone, nagle natknął się na tatusiowy opór.. Najpierw myślałam, że fakt, że to przed samym weselem zachciewa mu się wojaży, spowodował ojcowskie niezadowolenie. Ale nie, bo  inny termin odpada  z różnych powodów, więc to akurat tatuś rozumie.  Pozostałe  argumenty też sklęsły w zarodku, bo syn pełnoletni, a na wakacje zarobił sam, pracując przez cały miesiąc.  Więc jaki problem??? Ano odwiecznie ten sam, dla wszystkich rodziców nastoletnich pociech. Czyli wakacyjny wyjazd z dziewczyną lub chłopakiem i potencjalne konsekwencje z tym związane.
Musiałam to wydusić z męża, bo sam przyznać się nie chciał, co mu tak naprawdę  po głowie chodzi 😉  I szczerze mówiąc, takie rozumowanie mnie trochę osłabiło, bo choć rozumiem, że pobyt w tak cudnych  okolicznościach przyrody może pewnym zachowaniom sprzyjać,  to przecież jest  to wciąż ten sam chłopak, który na co dzień mieszka  w Dużym Mieście sam,  więc nawet  nie wychodząc z mieszkania, ma okazję zostać tatusiem. Bo o to przecież chodzi.
 Albo się ma zaufanie, albo się nie ma. Argumenty, że to klasa maturalna, że przed Nim nauka, w wakacje nawet na mnie zbytnio nie robią wrażenia. Przecież ja to wiem i On również. A może problem tkwi w czymś innym?
Nagle dotarło do męża, że syn jest już mężczyzną. Młodym, ale…
To nie jest tak, że i ja o tym nie myślę i beztrosko podchodzę do poczynań syna. Ale taka jest kolej rzeczy. Nasze dzieci się zakochują…
 Mnie bardziej martwi to, że wybrali miejsce dość odległe, argumentując, że całe zachodnie wybrzeże już zwiedzili. Więc ja się obawiam długiej podróży z przesiadkami oraz ogólnie zachowań innych.Wiadomo, że  jadąc  i przebywając w grupie, jest bezpieczniej. Więc również odetchnę z ulgą, gdy już wrócą. Ale nie przyszło mi do głowy, by powiedzieć: synu nie jedź.
Na moje spokojne tłumaczenie  mężowi, usłyszałam, że mnie łatwo można urobić. I jak ja już wyraziłam zgodę, to On nie ma już nic do gadania, a Misiek dobrze wie do kogo pierwszego z taką sprawą ma się udać.
To prawda, ale niecała.
Bo ja potrafię rozmawiać, zanim powiem: tak lub nie.
Mąż zawsze w takich przypadkach od razu mówi nie.
Po przemyśleniu  czasem zmienia zdanie.
Często pod ciężarem wspólnych ( moich i dzieci) argumentacji.
A i  tak zawsze ma ostatnie zdanie, które brzmi:
 Jak coś  wywinie to nie przychodź do mnie, by go ( ją) ratować.
A  do kogo miałabym iść???? Tfu …odpukać w niemalowane!!!!!!!
 Niestety, ze swoimi emocjami, jakie nas targają z tego powodu, musimy poradzić sobie sami.  A nasze dzieci  i tak  nie zrozumieją, o co nam chodzi, dopóki sami nie zostaną rodzicami nastoletnich pociech 😉
Dlatego  czasem dobrze sobie przypomnieć, jak „wół cielęciem był”
A może właśnie nie?  Może to te wspomnienia zakaz na usta cisną ? 😉
Reklamy