Po co na wybory? Bo tak trzeba!

Mamy demokrację, a nie potrafimy z niej korzystać. Smutna to prawda, którą między innymi obrazuje frekwencja na wyborach. Jak jeszcze ta lokalna, samorządowa jako tako, to ta ogólna narodowa o pomstę do nieba woła. Wolimy siedząc przed telewizorem, czytając gazety, przeglądając strony internetowe psioczyć na wszystkich i wszystko wkoło. Na rząd, polityków, posłów, ich zwolenników lub przeciwników. Debatować zaciekle i zażarcie w pracy, wśród znajomych i rodziny. Wszędzie i z kim się da, ale ruszyć tyłki i pójść na wybory…zamiast kłapać jęzorem często niepotrzebnie,  to już się nie chce. Wtedy słyszę tylko dwa słowa: po co? I argument,  który zbija mnie z nóg, ten powszechny – przecież mój głos nic nie zmieni.
I w tym momencie zwróciłabym się do rodaków słowami Ewy Lipskiej:
Mówię do mojego kraju: wyprowadź się, wyjedź. Bądź przez moment cudzoziemcem. Potem wróć i zamieszkaj w sobie. Przemyśl to wszystko jeszcze raz.
Może wtedy nie będzie potrzeba narodowej traumy, by naród się zjednoczył i zaczął współpracować dla własnego dobra.
Czas zmienić mentalność, przestać myśleć po staremu , inaczej będziemy stać w miejscu kłócąc się tylko i snuć spiskowe teorie. W tym przecież przodujemy…
Wołam więc :
MARSZ NA WYBORY!
I pewnie usłyszę z każdej strony:
Po co?
I w tym momencie odpowiem słowami siwej, starszej pani z terenów powodziowych:
Trzeba iść, trzeba…
Powiem też dlaczego ja idę głosować:
Bo lubię korzystać z przywilejów.
Bo czuję ,że to jest mój wewnętrzny obowiązek.
Bo nie lubię narzekać bez przyczyny 😉
Bo chcę dać dobry przykład własnym dzieciom, które i tak się od tego nie migają, wręcz przeciwnie- cieszą się, że już mogą 🙂
Bo tak! trzeba…

Reklamy

Coś dla ochłody… ;)

Kilka gorących dni i już człowiek oklapł, i już się nic nie chce…Może ktoś dobrze funkcjonuje w upale, ja tam toleruję temperaturę nie wyższą niż 25 stopni. Gdy jest wyższa, to snuję się jak mucha w smole, tfu,  albo raczej jak pszczoła, która wpadła do miodu. To bardziej pasuje, w końcu miodobranie właśnie zakończyliśmy 🙂 A tu z każdym dniem zapowiadają o 3 stopnie więcej. Masakra. I nic tylko powtarzam sobie co chwilę: łyk zimnej wody dla ochłody lub zimny prysznic sobie zrobię 😉 Taaa, coby zaraz kubeł lodowatej na mnie się nie wylał i to za sprawą stopni– niekoniecznie tych Celsjuszowych (wiem, wiem niepoprawna pisownia ). Doniesienia z frontu- czytaj szkoły- są lekko niepokojące. Misiek zalicza po kolei to, co pani od niemieckiego mu kazała, ale postawiona długopisem jedynka  koledze z grupy, morale pozostałych czterech zagrożonych porządnie podkopała. A tu jeszcze ten żar z nieba …No , ale mam co sama chciałam, a moje dziecko jak nic do moich wywodów się zastosowało. Zawsze obojgu powtarzałam, że uczą się dla dobrych stopni wtedy, gdy one są trampoliną, by dalej skoczyć. I tak oboje zawsze pierwszy semestr miały gorszy niż drugi. Drugą gimnazjalną to sobie w ogóle odpuściły,  by w trzeciej pokazać, że stać ich na jedno z najlepszych liceum w Dużym Mieście. Misiek się nawet tak rozszalał, że matka nieświadoma na zakończeniu roku, po fakcie w gazecie przeczytała, że z najlepszym wynikiem owo gimnazjum skończył 😉 No a teraz znowu w drugiej klasie odpuścił sobie i nie wiadomo jeszcze, jak to się skończy. Trzeba było mi dziób nie otwierać i się nie wymądrzać, że dla dobrych ocen niekoniecznie zawsze trzeba się uczyć. Tuśka też się do tej zasady stosowała, dwa pierwsze lata w liceum przebimbała, by zdać dobrze maturę i na studiach dostawać 4 i 5 a nawet i więcej, po to, by mieć stypendium. Wyszło na moje;) Jakoś nie pomyślałam, że dzieci mogłyby się uczyć dla dobrych stopni ot tak dla własnej czy matki satysfakcji. To się chyba nazywa brak ambicji?

Z drugiej strony mogę powtórzyć za dyrektorem pewnego liceum uprawiającym również dziennikarstwo, że licealiści mają za dużo przedmiotów;)

 

Zważywszy, że ani łyk, ani cała wanna czy  zimny prysznic nie wystarczy, by się porządnie schłodzić, to wybrałam się w poszukiwaniu większego akwenu 😉 Do tego smażony pstrąg z surówką oraz puchar lodów z owocami i można jakoś przeżyć 🙂

 

Wszystkim w tych gorących dniach życzę takiej ochłody (bez zimnych kubłów na głowę) a wszystkim „sesjującym się” – wyrazy współczucia i trzymam kciuki!!!


Dom – nasze poczucie bezpieczeństwa…

Te słowa piszę, siedząc w wygodnym fotelu na tarasie. Na stole stoi kawa w jednym z ulubionych kubków, są truskawki i czereśnie zerwane wczoraj w ogrodzie. Ptaszki mi wesoło świergolą,  drzewa rosnące wkoło i kwiaty w doniczkach cieszą nie tylko oko, ale i nos. Mój taras, mój dom. Wyznaję zasadę, że dom to nie tylko ściany , ale przede wszystkim ludzie w nim mieszkający. Rodzina, bliscy. Ci, co ten dom tworzą. Tak, dom dla mnie jest pojęciem szerszym niż kilka ścian i dach oraz większy czy mniejszy wokół niego ogródek. Ostatnie tygodnie jednak weryfikują mój pogląd na ten temat. Jesteśmy społeczeństwem, które wciąż w większości własne domy dziedziczy po rodzicach, dziadkach i ma sentymentalny do nich stosunek, albo latami najpierw oszczędza, a potem buduje własny dom. Często jest on dorobkiem całego naszego dorosłego życia lub przywiązani jesteśmy do niego kredytem. Ale również przywiązani jesteśmy do miejsc, w których ten dom powstaje: do miast, miasteczek i wiosek rodzinnych. Powoli, w żółwim tempie to się zmienia, ale daleko nam do Amerykanów czy Kanadyjczyków, którzy w ogóle nie mają sentymentu do przysłowiowych czterech ścian i przeprowadzają się bardzo często. Oczywiście wynika to z możliwości finansowych, a co za tym idzie uzyskaniem szybkiego, taniego kredytu. I ogólną migracją spowodowaną przede wszystkim pracą. Ale wróćmy na własne podwórko. Dom , w którym mieszkam już 20 lat( w sierpniu minie)wybudowaliśmy sami na podarowanej przez teściów ziemi. Szybko jak na tamte czasy , bo latem powstały fundamenty ( byłam w ciąży z Tuśką ), wiosną następnego roku ruszyła budowa ,a latem następnego już się wprowadziliśmy. Teraz budowa domu przebiega jeszcze szybciej, o ile ma się pieniądze, bo wszystkie materiały są na wyciągnięcie ręki. Wtedy trzeba było wręcz je zdobywać i to różnymi sposobami 😉 Lubię swój dom i kocham swój kawałek podłogi, ale za miejscem, w którym stoi już nie przepadam. I od dawna mówię ,że na emeryturze sprzedaję dom i wracam do mojego Dużego Miasta. Na te słowa Tuśka mi kiedyś powiedziała : Jak to, chcesz sprzedać nasz rodzinny dom, dom, w którym się wychowałam? Szczerze? Zaskoczyły mnie te słowa, ale i zastanowiły. Niby to tylko ściany i dach, które były świadkiem życia naszej rodziny. Miejsce , w którym rosły i wychowały się moje dzieci. Może dlatego one mają większy sentyment niż ja? Pewnie ja dziwnie bym się czuła, gdyby moi rodzice sprzedali mieszkanie, w którym się wychowałam, w którym dorastałam. Nie wiem.

Jednak teraz patrząc w telewizor i widząc ogrom tragedii, jaką spowodowała powódź, widząc ludzi załamanych, cierpiących, bezradnych, bo utracili swoje domy, nagle pomyślałam sobie, że to nie tylko cztery ściany. Oczywiście, że strata dorobku całego życia, to co innego niż go sprzedanie i przeprowadzka w inne miejsce. Tego nie można porównywać. Ale ja widząc przerażające  obrazy siedząc wygodnie we własnym domu, nagle poczułam, że nie wiem, czy potrafiłabym dobrowolnie z niego zrezygnować…A już nie wyobrażam sobie, co bym czuła, gdybym go nagle straciła…

Strasznie dużo tu wspomnień…

Strata domu to nie tylko strata finansowa, to strata poczucia bezpieczeństwa. A każdy dom, każdej rodzinie je dawał albo przynajmniej powinien dawać. To do domu lubimy wracać z bliskiej lub dalekiej podróży, to w nim lubimy się schronić przed złem zewnętrznym, które czasami nas dopada.

Dom to nasza twierdza.

I gdy nagle go tracimy z przyczyn od nas niezależnych, to strach, ból, żal potrafi rozerwać nasze serca, również moje, gdy patrzę na to wszystko przez pryzmat szklanego ekranu.

Stracić dom…to trauma, po której trzeba zacząć wszystko od nowa. Nie tylko mury odbudować lub postawić na nowo, ale również odbudować poczucie bezpieczeństwa.

Choć życie jest wartością nadrzędną, to jednak chyba każdy przyzna, że musi mieć swoje miejsce na ziemi. A tym miejscem jest DOM.

Gdy pije żona, matka, babcia …

 Wychowała troje własnych dzieci oraz wiele cudzych, jako nauczycielka i jednocześnie wychowawczyni. Po intensywnej pracy, gdzie szacunek i autorytet to oręże w kontaktach z niesfornym dzieciakami, spokojnie przeszła na emeryturę przy boku męża – profesora medycyny. On sporo starszy, wciąż jeszcze pracował, kiedy Ona z gwarnego i żywiołowego środowiska, jakim jest szkoła, została w pieleszach domowych. Sama, bo jej chłopcy również już z domu wyfrunęli, zakładając własne rodziny. Zawsze była gospodarna, porządnicka, wspaniale gotowała i świetnie godziła pracę zawodową z obowiązkami domowymi. I nagle zostały jej tylko te domowe obowiązki i wolny niezapełniony czas, bo ile można tylko sprzątać i gotować? Nigdy nie stroniła od kieliszka, ale był to alkohol pity na imprezach albo w towarzystwie męża, jedna lampka koniaku wypita przed snem. Z jego inicjatywy, przecież musiał odreagować stres po dyżurze w klinice. Pewnie nawet nie pamięta, kiedy zaczęła kupować tylko sobie piwo i wypijać je w ciągu dnia. Trwało to latami. Mąż też nie zauważył, bo obiad podany, koszule wyprasowane, mieszkanie wysprzątane, a to, że gdy wracał z pracy Ona spała, nie wydało mu się podejrzane. Często już jedna lampka koniaku wieczorem  nie wystarczała, ale mu to nie przeszkadzało, w końcu miał towarzyszkę do wspólnej biesiady. Gdy sam przeszedł na emeryturę i od czasu do czasu miał tylko konsultacje, mógł sobie pozwolić, by wypić więcej. Nie przewidział, że męska głowa i organizm może znieść więcej i trudniej się uzależnia(?) A może było mu z tym wygodnie? Trudno powiedzieć, jedno jest pewne, problem wciąż zamiatany jest pod dywan. Ale na tyle jest duży, że wyłazi spod niego niekontrolowany. Mówi się, że kobiety piją inaczej. Często w ukryciu, w samotności, mocno się kontrolując, by otoczenie się nie zorientowało. Wszystko to prawda, ale do czasu. Dopóki się nie uzależnią i nie przekroczą granicy, kiedy  wypicie alkoholu nie jest odkładane na dogodny moment, tylko musi nastąpić zaraz, inaczej organizm eksploduje.. A wtedy była elegancka Pani Profesor, w odzieży krzywo pozapinanej i nie pierwszej świeżości, chwiejnym krokiem wraca ze sklepu z butelką wódki i nie może trafić kluczem do drzwi w wieżowcu. A gdy ktoś próbuje jej pomóc, to macha rękami i krzyczy głośno…Inni zaś widzą jak po wyjściu z windy, zostawia po sobie pustą piersióweczkę. Na osiedlu wszyscy wiedzą…że pije … w końcu większość zna się już ponad 30 lat. Mąż się skarży sąsiadom, że nie ma z kim chodzić na spacer, bo Ona wciąż zmęczona zasypia. Synowie się odsunęli, bo z matką coraz trudniej się porozumieć i ze względu na wnuki wolą sporadyczne kontakty.

Nie wiem, co popchnęło ją w tym kierunku. Świat po kieliszku często wydaje się bardziej życzliwy i bardziej radosny. Znam takie kobiety, które po wypiciu jednego piwa dostają energii i wtedy wszelkie czynności domowe wykonują sprawnie i szybko. Znam też takie ,które właśnie dla towarzystwa, gdy  mąż robi sobie drinka, one również siadają i piją. Wciąż jeszcze jednak nie przekroczyły tej cienkiej granicy. Tylko czy można ją zauważyć w porę? Czy nie lepiej jednak dmuchać na zimne i odstawić alkohol bez okazji? W nałóg można wpaść, nawet nie upijając się, a w przypadku kobiet często zupełnie niepostrzeżenie. Bo alkoholizm dotyczy wszystkich, niezależnie od sytuacji materialnej , pozycji zawodowej, wieku czy płci. Najtrudniej przyznać się przed samym sobą ,że jest się uzależnionym.

No właśnie, a gdy pije zona, matka i babcia w jednej osobie, to trudno zaakceptować ten fakt najbliższym. Uciekają od problemu udając, że ich on nie dotyczy. Wolą problem zamknąć za drzwiami rodzinnego domu, bo zwyczajnie nie potrafią pomóc. Tylko jeśli  problem jest duży, zawsze wyjdzie na zewnątrz…A wtedy wstyd.

Wstyd, bo choć alkoholizm jest chorobą , to z tych wstydliwych i nie chorują tylko ci, co piją, ale również ich najbliżsi. Oni właśnie cierpią z powodu fałszywego wstydu. To on często krępuje im myśli, słowa i czyny. Paraliżuje i nie pozwala spróbować ten problem rozwiązać. Ale jedno jest pewne, osoba uzależniona musi chcieć uzyskać pomoc, bez jej własnej decyzji wyjście z nałogu nie jest możliwe.

Łatwiej jest nazwać rzecz po imieniu, gdy alkoholikiem jest ktoś z marginesu lub gdy osoba pijąca się awanturuje , zaniedbuje pracę, wynosi wszystko z domu itp.

Trudniej, gdy na alkohol ma swoje pieniądze, gdy nie musi pracować, a domowe obowiązki w końcu kiedyś odrobi…gdy już się wyśpi…

I tak wszyscy udają , że nic złego się nie dzieje…

A z alkoholizmu można się wyleczyć, tylko trzeba być szczerym, przede wszystkim wobec siebie.

**************************************************************************************

Siedząc z Przyjaciółką w ciepły wieczór na tarasie i pijąc piwo ,stwierdziłyśmy ,że każdy ma swoje pojęcie na temat uzależnienia od alkoholu. Często postrzegane przez pryzmat AA. Moje jest takie,że nawet codzienne picie, ale niewielkiej dawki alkoholu, która nie powoduje, że w jakikolwiek sposób dezorganizuje nam życie rodzinne i zawodowe- uzależnieniem nie jest. Może być tylko drogą do niego…

NO !…TO !…CO !…

– Mamuś,  czy w domu jest jakiś stary telefon?- pyta się Misiek.

– Nie wiem, ale po co ci synu drugi aparat ?

  Misiek spojrzał na mnie wszystko mówiącym wzrokiem.

– Aha…rozumiem,  jesteście w różnych sieciach.

– No wiesz, trzeba dać szanse by się TO rozwinęło…

  TO! – wiadomo co…;)

Trzeba poczynić inwestycje by uczucie rozkwitło i nie sklęsło, a telefon komórkowy temu wyśmienicie służy.

Takie czekanie na sygnał, rozmowę czy na SMS -a może wykończyć człowieka,  gdy człowiek właśnie zakochany jest.  Bo co to za problem,  gdy SMS kosztuje grosz,  można wtedy pisać i pisać. A tu ewentualna cisza spowodowana wyczerpaniem zasobów finansowych. I co, miłość od razu klęśnie…Nie,  no Misiek nie może sobie na to pozwolić 😉 A przy okazji jakie oszczędności poczyni, by nie nadwyrężać rodzinnego portfela.

Tylko ja mam dziwne przeczucie,  że jakby co, to dwa numery i tak będą używane do połączenia się z tym jednym, jedynym 😉

*Już wiem , więcej-  to mokry Kraków i jedna parasolka połączyła dwa serca ;)))

Wreszcie, nareszcie boso sobie chadzam , to nic ,że pod rękę z katarem 😉 Ciepło jest, słońce jest , świetnie jest i już! Garść czereśni prosto z drzewa już zaliczyłam, zawsze mnie zaskoczą ,że już są!!!! Truskawek też pojadłam, tych naszych polskich- przez Ciebie Izka polazłam do sklepu, bo mi smaku narobiłaś ,no !

– Mamuś, czy ty nie przesadzasz z tymi lodami?– woła Misiek z głową w zamrażarce-  czekoladowe, z orzechami, z bakaliami, kakaowe…

– Przecież wiesz, ze nie mogę, to znaczy nie chcę jeść słodyczy i tylko na lody dałam sobie dyspensę – przerwałam tę wyliczankę.

– Szeroką furtkę sobie zostawiłaś, w tych lodach jest wszystko –bezczelnie się śmieje.

-Oj tam…przemyślałam dobrze sprawę , lody pożeram ( adekwatne słowo do ilości jaką pochłaniam dziennie) przecież zdrowotnie, tak dla wapnia , nie moja wina ,ze je tak udziwniają ,nie będę przecież czekolady wydłubywać lub innych bakalii;)

No!

Przy okazji muszę…;)

 Post o zaproszeniach na wesele wywołał wiele komentarzy i problem ze wszech stron został ogarnięty 😉 Ale ja muszę- bo się uduszę- o tym wspomnieć przy okazji. Okazja ma tu swoje znaczenie…

Misiek jak wiecie jest  rodzonym  bratem Panny Młodej. Od niedawna  już pełnoletnim. Siostra zredagowała dla Niego zaproszenie wraz z osobą towarzyszącą, mimo że nikomu nic wiadomo nie było, że takową posiada na wyłączność. Podpytywany z każdej strony -kategorycznie zaprzeczał. Sprawa czy z kimś będzie na weselu, pozostawała wciąż otwarta. Jak wiecie, nie jestem zwolenniczką, by  młody człowiek  na siłę kogoś zapraszał, szczególnie że będą również młode  osoby bez pary …Tego samego zdania był  też Misiek. Ale również rozważana była  opcja, by zaprosić córkę partnerki mojego kuzyna, który na wesele oczywiście zaproszenie ma wraz z jej mamą. Nie byłaby to całkiem obca dla nas panna, jak również dla Niej część rodziny byłaby znana.  Ale to było tylko w sferze dywagacji…bez konkretnych postanowień. Uzmysłowiłam jednak  Miśkowi, że  gdyby dziewczynę miał, to już z tamtą nie wypada Mu iść na wesele. Zdziwiony zapytał się: dlaczego?  Ano dlatego, że Twoja dziewczyna, nawet jeśli uważa, że za wcześnie na takie spotkanie z całą rodziną, to jednak czułaby się dziwnie, gdybyś Ją zastąpił inną…Nic nie powiedział, ale naukę przyjął…kiwając głową.

Dziś…

Przy okazji codziennej wizytacji Miśka przez telefon i rozmowie o ważkich i nieważkich sprawach słyszę:

  • Mam dziewczynę …

  • No to sprawa jasna…( jaka jasna, co ja mówię, myśli mnie się kłębią )

  • Nie pytasz się kto to?

  • Poczekaj, myśli muszę pozbierać i jakoś się wysłowić, no jasne, że pytam…

  • …..(tu pada imię córki pewnego króla gorącej wyspy, a nić prowadzi do jego rozszyfrowania)

  • Domyślałam się –rzekłam pewnym głosem – coś ostatnio było Jej wszędzie dużo;)

  • Ale na weselu będę sam, wiesz to za wcześnie, by tak przed całą rodziną…

  • Ok…to twoja decyzja. Jeszcze jest czas, zawsze możesz ją zmienić.- powiedziałam tak na wszelki wypadek

    Podejrzewam, że są to ich wspólne ustalenia.

    Uzasadnione dość dojrzale, co spodobało mnie się od razu 🙂

    I w taki oto sposób, przy okazji dowiedziałam się o dziewczynie Drugorodnego 🙂

    Przez telefon, dobrze wiedział, że jak już wróci do domu, to matka ochłonie i nie zadręczy Go pytaniami 😉

    Ale teraz już wiem skąd te kłopoty…w szkole.

    Dziewczynie trzeba czas poświęcić, a nie tylko wkuwać słówka z niemieckiego…

Przed chwilą odebrałam telefon od Przyjaciółki,  która mnie poinformowała, że jutro przyjeżdża. Ucieszyłam się i przy okazji poprosiłam, by Miśka z miasta przywiozła, nie będzie musiał się pociągiem tłuc, a ja po Niego na dworzec ponad 20 km gnać.

  • Nie ma sprawy, tylko my ostatnio się nie dogadujemy i czy będzie chciał- odpowiedziała  (Przyjaciółka tłukła mu do głowy, że zabarłożył w szkole, a że to była belferzyca to jak sama przyznała- okropna była )

  • Będzie chciał – i się nie pomyliłam, co potwierdził mój telefon do Niego.

    Po umówieniu godziny wyjazdu i dogadania szczegółów mówię:

  • Coś ci powiem, tylko nie wygadaj się, bo cię zabiję. Misiek ma dziewczynę.

  • Wiem – słyszę od Przyjaciółki.

  • I nic małpo nie powiedziałaś!!!!

  • Wiem od wczoraj od (tu pada imię Jej córki ) przysięgłam, że nic nie powiem, a Ty nie wydaj mnie, że ci powiedziałam, że wiedziałam, bo nigdy nie dowiem się co  z nimi dzieje się w szkole..

    Więc cicho sza…taaaa

    Tak to jest, że człek najwięcej dowiaduje się przy okazji…

P.S.
Małgoś ciut podkradłam Ci tytuł,  ale ten wieczór też i Twoją obecnością się odcisnął, tak przy okazji 😉

Niespodziewana gimnastyka ;)

 Zapomniałam już ile potrzeba hartu ducha, by przypilnować malucha :))

Zostałam poproszona przez koleżankę, bym się zaopiekowała półrocznym brzdącem, w czasie gdy ona pojedzie na rynek w celu zakupienia kwiatków na taras. Nie widząc żadnego problemu, zgodziłam się ochoczo. Mama przed wyjazdem nakarmiła , oporządziła i posadziła synka w krzesełku. Obłożywszy go jeszcze grzechotkami , szybko się ulotniła 😉

No i zaczęła się gimnastyka.

Przez pierwsze pół godziny ćwiczyłam skłony i przysiady oraz łapanie grzechotek w locie. Przy okazji ćwiczyłam mimikę twarzy , przez cały czas gadając, by go zabawić. Następnie nie mogąc już dłużej ignorować wyciągniętych w moją stronę rączek, poćwiczyłam przez jakiś czas bicepsy nosząc słodki, ale jednak ciężar. Gdy już mnie się wydawało, że  to moje ręce będą wyciągnięte w nadmiarze, znowu przeszliśmy do ćwiczeń refleksu, skłonów i przysiadów. To znaczy, ja przeszłam, mały mnie trenował 😉

I tak naprzemiennie ,aż wróciła mama…

Odetchnęłam z ulgą …trochę zasapana 😉

Mały nie zapłakał, a po raz pierwszy został z przyszywaną ciotką , obcą wszak osobą 😉 A nadmienię ,że jeszcze  jest przy cycku  ;)…

A ja przez 1,5 godziny miałam niezły fitness 😉

Oraz miłe poczucie ,że własne dzieci już mam odchowane :)))

Prognozy na weekend są obiecujące – słońce, słońce i temperatura ponad 20 stopni :))) Mam nadzieję ,że się sprawdzą , bo inaczej moja osobowość rozpadnie się na kawałki i nie z powodu kilku nadprogramowych ćwiczeń 😉 Mam wrażenie ,że nasz region został tej wiosny przez Pana Boga zapomniany , szlaban na słońce postawi,ł czy co?