Skąd się Oni biorą…?

Czy współczesny osiemnastolatek może nie wiedzieć, gdzie w jego domu jest proszek do prania?

 A no może, bo w końcu to matka jest od prania i wszelkich tak zwanych czynności domowych. No, może gdyby sam był kobietą, ale nie jest, więc taka wiedza nie jest mu do niczego potrzebna. Matka opierze, nakarmi, posprząta… On ma tylko jedno zadanie: spełniać jak najlepiej swój obowiązek szkolny. W końcu, by w życiu coś osiągnąć, trzeba się najpierw natrudzić. Zdać dobrze maturę, dostać się na wymarzone i jednocześnie  przyszłościowe studia, które będą drabiną do kariery.  Nie ma co sobie zawracać głowę prozaicznymi czynnościami. Zawsze ktoś za niego może je zrobić. Najpierw matka, później  dziewczyna, narzeczona, żona…córka…

Miejsce proszku i jak i do czego go używać, to tylko przykład.

Choć nie powiem, że fakt ten mnie nieco zdziwił, bo nie myślałam, że u niektórych aż tak ta niewiedza domowa jest głęboka.

Inny przykład:

Matka kolejny raz prosi syna, by przyniósł drewno do pieca. Ten bardzo zajęty przy komputerze siedzi. W końcu sama to robi. A kiedy  ojciec wiele razy zwracał uwagę, że jest leń  i nie wykonuje czynności, o które jest proszony, to matka jak lwica swoje małe broni. Przecież on ma tyle nauki.

Kiedyś dzieci miały swoje obowiązki. Domowe obowiązki. I nie tylko ograniczały się one do utrzymywania porządku we własnych pokojach. Dziś często są z wszystkiego wyręczane.

Rodzice rozumieją, że szkoła, odrabianie lekcji, a do tego jeszcze te kilka razy w tygodniu różne zajęcia pozaszkolne zabierają wiele czasu i sił.  Więc młody człowiek może być przemęczony. Często też jest na nie wożony, choć pełnoletni lub prawie pełnoletni człowiek potrafi się poruszać komunikacją miejską. Ale matka czy ojciec robiący za szofera jest wygodniejszym rozwiązaniem.

Przygotować sobie samemu coś do jedzenia, to też  zbyt wielka filozofia. I nie mam tu nawet na myśli gotowania, ale choćby zwykłe kanapki. Zawsze pod nos podane, w sytuacji awaryjnej prędzej sobie coś gotowego na mieście kupi, niż zajrzy do własnej lodówki.

Bez mamusi i tatusia wciąż jest jeszcze malutkim dzieckiem.

W domu.

Bo na zewnątrz bardzo dorosłym już chce być.

Mnie zastanawia jedno. Osobiście znam takie kobiety, które od swych mężów wymagają równego podziału obowiązków. W domu. Albo przynajmniej jakiegoś zaangażowania w tej kwestii. Uczestnictwa. Ale synów trzymają pod kloszem, by przypadkiem się nie przemęczyli. Tylko oni też później będą  mężami, chłopkami, narzeczonymi, którzy będą mieli zakorzenione, że trzeba ich obsłużyć.

Bo tacy najczęściej spod klosza mamusi przechodzą w następne ręce – kobiece ręce.

Nie zaryzykują samodzielnego mieszkania, bo tak im wygodniej.

I to jest chyba odpowiedź skąd się biorą dorośli nieprzystosowani do domowego życia faceci 😉