Dla źle pojętego dobra…

   Kiedyś oglądałam program, w którym udział brały panie lekkich obyczajów i usłyszałam jak  się wypowiadały na temat, dlaczego  uprawiają swą profesję. Nie wiem czemu, ale za grosz im nie uwierzyłam. Gdy słyszę, że robią to dla dobra swych dzieci, parskam śmiechem. Niewesołym śmiechem, bo w głowie mi się nie mieści i nie rozumiem gdzie tu tkwi  dobro. No chyba tylko to materialne. Tłumacząc się, że sytuacja materialna właśnie ich do tego zmusza, nawet wywołują u mnie pewne zrozumienie. Mogę zrozumieć, że łatwiej komuś zostać prostytutką niż np. sprzątaczką czy pomocą domową lub opiekunką, czy zatrudnić się w jakieś fabryce. Pracy na rynku nie brakuje, fakt gorzej z odpowiednią płacą. Mnie się po prostu wydaje ,że te panie lubią swą pracę, lubią szybko zarobione pieniądze, czasem nawet spore. Swe sumienie zaspokajają tym, że mogą dziecku, a czasem rodzinie zapewnić byt na ciut lepszym poziomie. I gdy ktoś im wytknie, że tak naprawdę wyrządzają emocjonalną krzywdę własnym dzieciom,  mówią, ze wiedzą, ale  życie ich zmusza do tego. Odrzucają pomoc, wiedząc ,że same z tego nie wyjdą. Mniej lub bardziej świadomie wybrały taką drogę, drogę, z której trudno im zrezygnować…Nawet dla dziecka…

I nie mam tu na myśli tych wszystkich pań, które z wyniku przestępstwa  zostały prostytutkami, bo były zmuszane…

Bardzo często kobiety podejmują złe decyzje właśnie dla dobra dziecka. To dobro jest czasem dziwnie pojmowane. Zostają przy mężach, którzy biją, piją lub znęcają się psychicznie, ale one uważają ,że  ważniejsza jest pełna rodzina. Często rezygnują  ze swoich pragnień, możliwości spełnienia się, realizacji zawodowych, dając swój czas dziecku, a w  bonusie – niezadowolenie ze swojego życia, frustrację , rozdrażnienie  i ogólne  poczucie klęski. Dobro dziecka, no cóż, bywa bardzo dobrą wymówką…by nie robić nic ze swoim życiem …i dobrym na to życie usprawiedliwieniem. W końcu nikt nie zaprzeczy ,że dobro dziecka jest najważniejsze…