Ustalenie listy gości to niełatwa rzecz ;)

 Naiwnie myślałam, że ustalenie gości  to będzie najmniejszy problem, jeśli chodzi o przygotowywania weselne. W końcu obie strony wiedzą kogo chcą, a kogo muszą zaprosić. Wystarczy policzyć, zliczyć i gotowe.  Nic mylnego, szczególnie gdy ilość osób musi być ograniczona, a często tak jest z różnych przecież względów.

Gdy dzieci się zaręczyły, to już na drugi dzień miałam gotową listę ze swojej strony, uwzględniłam też koleżanki i kolegów Tuśki.  Miałam też wstępną, ale gwarantowaną  maksymalną  liczbę gości z drugiej strony. Dodałam obie cyfry do siebie i przez jakiś czas spałam spokojnie. Znałam  restauracyjną salę, którą wybrały dzieci jako miejsce swojego  wesela i spokojna byłam, że limitu miejsc nie przekroczymy. Jednak teoria to  jedno a praktyka zupełnie co innego mówi.  Bo teoretycznie 150 osób wejdzie, ale praktycznie wygodnie będzie tylko przy zapełnionych 100 miejscach. Gdy to do nas dotarło, wzięłam listę do ręki. Widniejąca na niej suma 110 gości   spowodowała ,że odetchnęłam z ulgą. Biorąc poprawkę na tych, co z zaproszenia z jakichś względów nie skorzystają,  to tragedii  czyli nadmiernego ścisku przy stołach i ewentualnego deptania sobie po nogach na parkiecie nie będzie. Lista przeleżała sobie w szufladzie kilka miesięcy. Aż w końcu dzieci postanowiły zredagować i zamówić zaproszenia, więc została wyjęta i po przenikliwym zanalizowaniu dostrzegliśmy na niej braki. Nie ujęcie własnego syna  a brata panny młodej to pryszcz, bo okazało się, że jeszcze kilku osób brakuje. W międzyczasie z drugiej strony  też zapotrzebowanie  na gości wzrosło. Nastąpiła korekta. Ktoś zniknął, ktoś się pojawił. Aż nastąpił moment zliczenia wszystkich.  Suma 126 nie spowodowała zawału, ale lekki niepokój co powie na to ta druga strona. Dla wyjaśnienia napiszę, że zrobienie wesela na większą liczbę osób z żadnej strony nie byłoby problemu, gdyby nie ograniczenia salowe.  W tej sytuacji i tak część stołów będzie musiała być inaczej ustawiona, niż chcielibyśmy.  I o te stoły najbardziej się rozchodzi,  bo 70 par na parkiecie może się bawić. Szczerze mówiąc, jest to dla mnie stresująca sytuacja. Bo gdybym miała sama zadecydować o gościach, to przynajmniej jeszcze około 20 osób bym zaprosiła. A i tak z naszej strony ta liczba jest znacznie większa. Jednak to dzieci mają decydujący głos i trzeba też się przystosować do warunków.  W okolicy nie ma większej restauracji, a na wynajęcie większej, ale „gołej” sali, ani ja zdrowia, ani mąż czasu nie mamy. Więc klamka zapadła, choć ja do końca nie jestem przekonana, że to już koniec.  Poprosiłam Tuśkę, by oprócz spersonalizowanych zaproszeń kilka jeszcze zamówiła dodatkowych do ewentualnego wypisania. By nie było niespodzianek 😉

 

Na sam koniec powiem, że takie ustalenie gości jest emocjonalnie wyczerpujące. Tuśka ma tylko jednego brata i dwie kuzynki.  Pozostała rodzina to nasze, czyli rodziców kuzynostwo  i rodzeństwo dziadków.  Krąg bardzo obszerny 😉 I tu wprawdzie nie zagrał totolotek, ale bliższe lub dalsze relacje Tuśki z nimi. Dlatego wyszło tak, że z jednej rodziny nie wszyscy są proszeni.  No cóż, bliższe są dla Niej  przyszywane ciotki, czyli moje przyjaciółki…

Dlatego ustalanie gości to jednak czynność stresująca, a czasem może być brzemienna w skutkach 😉 Mam nadzieję, że nikomu nie będę się musiała tłumaczyć, dlaczego jakiś wujek czy ciotka nie zostali zaproszeni…

Najważniejsze, że dzieci z nikogo nie musiały rezygnować.

W końcu to ich wesele 🙂

 A do niego zostało już tylko 5 miesięcy…

Jutro wybór butów do sukienki ślubnej.  Selekcja wstępna została dokonana i na arenie zostały już tylko dwie pary. Mam nadzieję, że tu już żadnych niespodzianek nie będzie 😉