Miejscowy Ośrodek Stwarzania Problemów…czyli MOPS

  Wypatrzył Ją z okna, jak stała na przystanku autobusowym. Obca…inaczej znałby ją choćby z widzenia. Kolejne autobusy podjeżdżały, a ona nie wsiadała. Wyszedł więc i zagadnął…Dobrze im się razem gadało, więc została…Nie drążył w jej przeszłości, zadowolił się tym, co mu czasem o niej wspomniała…Mijały tygodnie, a nawet miesiące i zaczęło być widać ,że są blisko ze sobą. Pod sercem nosiła owoc wspólnej miłości… I nagle bajka brutalnie się skończyła, choć nic nie zapowiadało jej końca…Był ciepły, piękny dzień , razem z innymi na boisku kibicowali miejscowej drużynie. Podeszli do nich mundurowi i zakuli ją w kajdanki…Niedowierzanie, szok , złość…rozpacz. Ale wystarczyło kilka następnych dni, by się dowiedział ,że ona aniołem nie była…Należała do gangu, brała czynny udział w napadach. Nie zrezygnował z niej…syna mu urodziła w więzieniu. Po kilkunastu  miesiącach odsiadki wyszła na wolność, a on ich zabrał do siebie, do domu…Ale sielanki już nie było… Tylko kilka tygodni  minęło jak znikła ponownie,  z tą różnicą ,że razem z nią  dziecko. Czekał, aż w końcu zaczął szukać , znalazł, ale ona wrócić już nie chciała, a dziecko było pod opieką państwa. A on w tej rozpaczy sięgnął do kieliszka , już nie raz tak robił, kiedy mu życie dokopało. Jednak zanim sięgnął dna , zjawił się jego Anioł  Stróż, matka, która prośbami, groźbami, perswazją  zmusiła go do działania w walce o syna.  Sama za stara według sądu szanownego, by zostać rodziną zastępczą dla własnego  wnuka, który właśnie do takiej rodziny trafił. Ojciec musiał się wykazać pracą i trzeźwością…Walka  o dziecko była długa, zbyt długa. Bo jak się okazało , rodzina zastępcza to intratny interes , a jeśli sędzina jest spokrewniona z matka zastępczą , to ta nawet pozwalała sobie na krzyki typu: „nigdy go nie dostaniecie”…A mały pokochał swojego prawdziwego ojca i babcię, bo na szczęście sąd wyznaczył widzenia i mogli też zabierać go do siebie. I w końcu nastał ten dzień, kiedy sąd musiał przyznać syna ojcu. Dobro dziecka wygrało… I żeby dla małego lepiej było , zamieszkał on z babcią, która miała większe mieszkanie- ojciec tylko jednopokojowe- a przede wszystkim, mogła go otoczyć opieką całodniową, gdy ojciec był  w pracy. I mogłabym już skończyć tę historię, bo żyją sobie w trójkę spokojnie, a mały otoczony jest dużą miłością…Ale! Gdyby nie to, że coś się stało, co mnie zbulwersowało osobiście. Historia ta toczy się w małym miasteczku w centrum Polski, gdzie z pracą jest byle jak. Ojciec małego stara się jak może i nawet mu to wychodzi, jednak  zobowiązania płatnicze z przeszłości powodują ,że  nie zawsze pieniędzy na wszystko starcza. Babci emerytura też niewielka jest, więc udali się do MOPS , aby złożyć wniosek o zapomogę. Paniusia w okienku dobrze rozeznana w sytuacji- w końcu tu każdy wie wszystko i o wszystkich lepiej niż oni sami- wniosek odrzuciła,  gdyż wyliczyła ,że kilka złotych przekroczyli próg dochodowy. Do wyliczeń wzięła pod uwagę też babci emeryturę ,ze względu ,że wnuczek u niej mieszka. I na nic się  zdały tłumaczenia, że i owszem mieszka, ale prawnym opiekunem jest ojciec,  nie babcia, i tylko jego zarobki powinny być brane pod uwagę. Nic z tego, paniusia wie lepiej! Gdy to usłyszałam, aż we mnie się zatrzęsło…Często w TV słyszę a w prasie czytam, że nie można łamać przepisów, często bzdurnych, przez które nie można pomóc tym, którym ta pomoc jest potrzebna. Ale łamać  przepisy , po to by nie pomóc, to już przechodzi wszystko. Kto w takich ośrodkach jest zatrudniany? Ja się pytam…Dlaczego parę groszy , zła wola urzędnika, jego niewiedza  ma decydować o przyznaniu czy też nie środków do życia…Nie wspomnę o tym, że gdyby mały został u rodziny zastępczej , to państwo o kilka jak nie kilkanaście  razy wyższą kwotę musiałoby wyłożyć co miesiąc…

 

Mam przykre wrażenie, że w miejscach, gdzie wrażliwość na drugiego człowieka, chęć  niesienia mu  pomocy, powinno być standardem- w końcu ci ludzie biorą za to pensje- zamiast tego jest znieczulica i często brak kompetencji…

Łatwiej pijakowi i lumpowi  uzyskać jakąś kwotę z opieki  społecznej, bo jemu się należy, bo nic nie zarabia…I mało kto z urzędników się przejmuję ,że w większości i tak przepije te pieniądze.. Dobry uczynek i odfajkowana praca. Uśpione sumienie…jeśli w ogóle jakiekolwiek mają.

Tak wiem, są tacy co je mają…na szczęście…Ale jak widać nie każdy  ma to szczęście  by na nich trafić.

Reklamy

By nie zgasło…

    Samo chcenie czasem nie wystarcza. Wydawałoby się, że to nic trudnego tak spojrzeć na wszystko bardziej optymistycznym okiem. Więc próbuję, w końcu sama sobie tego  optymizmu życzyłam…

Przyprószyło, przymroziło, ale co tu narzekać w końcu styczeń mamy i lepszy śnieg  niż chlapa o tej porze. No można by było ponarzekać ,że za mało tego śniegu, że ledwo  Pani Zima musnęła białą farbą krajobraz, ale za to bezpieczniej się jeździ , a  świat wokół piękniejszy jest niż w tej jesiennej szarudze, którą nam serwowano do tej pory. Co innego, gdyby tak w marcu sypnęło i zmroziło…Wprawdzie prognozy nie są optymistyczne , bo zapowiadają długą zimę i zimną wiosnę, ale po co  zamartwiać się na zapas? Szczególnie teraz, kiedy  siedzę sobie wygodnie przed kominkiem, a ogień wesoło sobie tańczy i grzeje moje nogi. Dłonie grzeje kubek z herbatą…I czego więcej w takiej chwili potrzeba?

Więc odganiam pesymistyczne myśli jak natrętną muchę…

Staram się w ogóle nie myśleć,  pogrążona w bezruchu ze wzrokiem wpatrzonym w wesołe iskierki…

Pozbyłam się już bólu…dosłownie, tego fizycznego, choć może jeszcze nie tak do końca , ale w porównaniu co było, to odczuwam ulgę…Niestety, z tej okazji czeka mnie spory wydatek. Nieprzewidziany… Więc trzeba się z nim oswoić…Mówi się trudno…I szukam optymizmu w tym wszystkim , tak jak dziury w zębie szukała  dentystka…Nie znalazła, a ząb  usunąć musiała …Więc ja teraz usuwam pesymistyczne myśli…Próbuję…w końcu mam w tym wprawę…

No, ale co tu ukrywać dziwnie zaczął się  ten Nowy Rok… problemowo…Podrzucił kilka supełków do rozwiązania…Więc już dawno uleciały ze mnie szampańskie bąbelki…

A ja najbezpieczniej się czuję  otulona ciepłem domowego ogniska…i staram się, by nie wygasło.

Choć czasem mam wrażenie, jakby ktoś na nie od czasu do czasu wylewał kubeł zimnej wody…

A może ja sama ?

 

 W kominku  łatwiej przypilnować by ogień nie zgasł…

 Przy nim nie trudno  się ogrzać…

 Iskra nie powoduje niekontrolowanych wybuchów…

                                                                             

                                                                      

 

Jeśli ktoś ma ochotę się ogrzać – zapraszam – gorąca herbatka, kawka, a nawet wino też się znajdzie…:)

 I cała szuflada czekoladek…;)

 

Fart, szampan czyli ostatnie i pierwsze dni roku;)

W poświąteczny poniedziałek wybrałam się na zakupy, jak większość rodaków, co okazało się na miejscu. Naiwnie sądziłam, że największe tłumy zwabione przecenami przewaliły się przez sklepy już w niedzielę. Ludzie, mając dość siedzenia za stołem i podjadania, korzystając z dodatkowego dnia wolnego ruszą uprawiać najmodniejszy jogging między sklepowymi półkami. Poniedziałek zaś  teoretycznie jest dniem pracującym, więc oczekiwałam więcej luzu. Teoretycznie, jak się okazało. Mnie samą  nawet końmi do miasta by w te dni nikt nie wyciągnął, gdyby nie potrzeba. Także z własnej nie przymuszonej woli, ale też z woli córci, której zostały tylko cztery dni na podjęcie decyzji, gdzie spędzi podróż poślubną, tak by luksus pobytu był troszkę tańszy niż gdyby decydować miała  w nowym roku, oraz z potrzeby wykupienia recepty i zakupu KALOSZY bo we własnej zagrodzie miałam potop, wyruszyłyśmy obie z Tuśką w paszczę lwa:D Wszędobylskie tłumy mnie doszczętnie ogłupiły, ale się zawzięłam i twardo oznajmiłam córci, że bez KALOSZY do domu nie wracam. Najpierw udałyśmy się do Biura Podróży, gdzie miło spędziłyśmy co najmniej godzinę na wybieraniu ofert. Dobrze, że miejsce już wcześniej zostało wybrane i tylko pozostał wybór noclegu, czyli hotelu i tego, co przy nim. Prosto nie było, ale sympatycznie nam się zrobiło, kiedy tak te wszystkie foldery sobie pooglądałyśmy. W końcu klamka zapadła… Czas podnieś cztery litery i stawić czoła zakupowym szaleństwom…Cel: KALOSZE!  No, ale te procenty na wystawach mają w sobie moc przyciągania czy się chce, czy nie, więc nasze kroki mimo woli podążały w ich kierunku…Z pierwszego sklepu ja wyszłam z kolczykami, Tuśka  z bluzką…Z drugiego ja z tuszem do rzęs, Tuśka z pudro-różem czy jak to się tam zwie. Z trzeciego  ja z bluzko-sukienką i bluzką, Tuśka z niczym, bo bluzkę to Ona wypatrzyła i ze słowami „najwyżej mi pożyczysz” mi odstąpiła…Z czwartego ja znowu z kolczykami…po drodze były jeszcze inne sklepy, gdzie Tuśka coś tam mierzyła, ale na nic się nie zdecydowała. Padałyśmy już z pragnienia, więc zrobiłyśmy sobie przerwę, by się posilić sałatką i nawilżyć organizm wodą mineralną, a KALOSZY wciąż nie miałam. Uparta jestem, więc zmieniłyśmy obiekt na inny, cel pozostał ten sam. Decyzja była trafna, bo  w końcu zostałam szczęśliwą posiadaczką  KALOSZY w kratkę 🙂 a Tuśka jeszcze jakiegoś korektora urody, więc ja sobie dorzuciłam tonik ;)… Spędziłyśmy  prawie 6 godzin między półkami i muszę przyznać, że na pewno pobiłam swój rekord życiowy. W różnorodności zakupów też…Szaleństwo również  popełniłam, zważywszy, że (słowo!) po raz drugi w życiu kupiłam sobie tusz do rzęs i po raz pierwszy dwie pary kolczyków na raz; śmiem przypuszczać, że dałam się ponieść fali zakupów…No i nawet mnie udało się upolować coś z przeceny, co  tak do końca moją zasługą nie jest, bo choć oferta sięgała aż 70% mniej, to ja znalazłam tylko 20% i gdyby nie Tuśki 50% to mogłabym się tylko uśmiechać a nie cieszyć pełną gębą, że na 7 sztuk w mojej torbie, aż dwie po przecenie  się znalazły 😉 Bo ja ogólnie nie mam farta do wyprzedaży, więc raczej ich unikam. Gdy wokoło pełno ludzi z satysfakcją w oczach i błąkającym się uśmiechem na twarzy  trzymających w ręku wypchane torby, a w portfelu zaoszczędzone pieniądze, to ja ze sfrustrowana  z ciuchem, który nie został przeceniony, ale za to kupiony w karkołomnych  warunkach. Taki jest na ogół mój bilans zakupowy 😉 Tym razem mogę powiedzieć, że miałam FARTA! No i z KALOSZAMI wróciłam ..;)

 

I stoją te kalosze jak na razie bez użytku, bo Nowy Rok nas przywitał lekkim mrozem i śniegiem :))

Sylwester w gronie rodzinno -przyjacielskim minął bardzo sympatycznie, w czym na pewno pomogły szampańskie bąbelki. Dziś już  swoich gości pożegnałam, ale na tym nie koniec imprezy, bo wychodzimy z domu, by gościć się dalej 😉 I wszystko byłoby piękne i cudne, gdyby nie fakt ,że w Nowy rok weszłam z bólem i bez prochów nie funkcjonuję. Byle do poniedziałku…mam nadzieje, że  wtedy mój bolący problem się rozwiąże.

Mam nadzieję, że Wy wciąż tak jak ja,  jesteście w szampańskich nastrojach 🙂