Weselna oprawa…

Tak naprawdę to wiele można byłoby zaliczyć na NIE i przyczepić się ,że można było lepiej, ładniej , sprawniej…

Są śluby i wesela dopięte na ostatni przysłowiowy guzik, dopracowane w każdym szczególe, dopieszczone w każdym momencie. Takie z pompą zanurzone w elegancji, zatopione w bogactwie, wyreżyserowane do samego końca. Czy są lepsze? No cóż, to rzecz gustu i podejścia do sprawy…Więc, jak napisałam na początku, można byłoby się czepić…tylko po co? Jeśli jedzenia różnorodnego było po dziurki w nosie czy do wypęku brzucha, wódki weselnej nie zabrakło i popić w tę upalną roztańczoną noc też było czym. Orkiestra grała znane skoczne kawałki i nikomu nie przeszkadzało to ,że czasem słów nie można było zrozumieć. Znane… to dośpiewać można było samemu…Bo…  najważniejsze, że  GOŚCIE WESELNI…przyszli się weselić w tym dniu, tej nocy i na dzień drugi…I oni nie zawiedli, bawili się na całego, radośnie, wszyscy razem…Nawet prababcia Panny Młodej, która za sprawką Owej jest już praprababcią, wywijała w tańcu piruety ;)…I na drugi dzień zbierała gratulacje, a młodzież, szczególnie panowie składali jak to zwali „wielki szacun” dla najstarszej rodem. Tak…to ludzie, którzy w tym dniu się zebrali, by wspólnie się radować z Młodymi ich szczęściem, stworzyli atmosferę i oprawę tego wesela. Cztery pokolenia, a właściwie pięć , razem pięknie się bawili…I tak naprawdę to się tylko liczy :))))

 

 

 

A ja powoli już myślami jestem tam, gdzie piasek gorący, woda zimna, szum fal, trzepot mew, świeża rybka i zimne piwo, oraz  cudowne zachody słońca. Kilka dni wraz z koleżanką zamierzamy spędzić nad Bałtykiem…

Reklamy