(Nie)obojętność po rozstaniu się…

Nic niedane jest nam na zawsze i żeby coś trwało, trzeba się po prostu napracować. Mijają lata i okazuje się, że nie jest nam już razem po drodze i lepiej się rozstać, mimo przysięgi na dobre i złe…Bo nie można zmusić się do miłości i żyć w kłamstwie…  Decyzja to trudna, czasem bolesna…Bywa, że burzliwa…Jednak jak się okazuję coraz częstsza. Bez orzekania winy, od po prostu skończyło się…Jednak czy jest tak naprawdę i koniec oznacza, idę własną drogą, a Ty i Twoja droga nie obchodzi mnie? Czy tak powinno być między ludźmi, którzy kilka, kilkanaście lat lub nawet więcej byli ze sobą i kochali się? Czy tylko ewentualne dzieci są łącznikiem między byłymi małżonkami? Przecież nie da się wymazać tych wszystkich wspaniałych lat, nawet jeśli później nastąpiły gorsze… Ktoś powie, że po co przyjaźń między byłymi partnerami, jeśli zdecydowali się na rozstanie i każdy układa sobie życie sam. A jeśli ktoś po rozstaniu  zostaje  sam z wyboru lub nie i nagle coś w życiu się takiego staje, nieszczęście, choroba, to nie ma prawa już liczyć na byłego partnera? A dlaczego tak ma być właśnie…Dlaczego tak trudno podać pomocną dłoń komuś z kim tak wiele nas kiedyś łączyło…I czemu tak trudno przyjąć taką dłoń… Jeszcze nie potrafimy się rozstawać…Wolimy pielęgnować swe żale, że nam się nie udało i zamiast tylko oddzielić przeszłość grubą kreską, wymazujemy ją całkowicie  z pamięci… Nie przeczę, że czasem tak trzeba, bo powód rozstania przecież częściej jest bardziej drastyczny niż wypalona miłość… Ale każdy rozwód to w jakimś sensie trauma i nie warto jej pogłębiać. Bo gdy  w związku nie było krzywdy psychicznej, ani fizycznej to nie wyobrażam sobie, że  los kogoś  z kim byłam do tej pory tyle lat, nagle  staje mi się obojętny…A może ja naiwna jestem…