Zmaterializowana miłość…

Ostatnio przy jakieś tam okazji w mieszanym towarzystwie został poruszony temat powrotów po zdradzie. A właściwie nie tylko po zdradzie, ale po całkowitym odejściu, czyli rozwodzie i układaniu sobie życia na nowo. Jednak to nowe okazało się mniej atrakcyjne niż to stare i sprawcy całego tego „zamieszania” zachciało się wrócić na łono rodziny. Byłej rodziny. Od razu powiedziałam, że przez byłą małżonkę nie zostanie przyjęty. Bo choć nie wiem, jak może się czuć wzgardzona i porzucona kobieta na oczach swoich bliskich i nie tylko, to podejrzewam, że na tyle źle, że z otwartymi ramionami nie czeka na niewiernego męża. Zresztą byłego męża. Na co usłyszałam i był to głos męski, że na pewno go przyjmie z powrotem, bo jakby nie było, to status materialny się jej pogorszył odkąd nie są razem. Kolega swojego zdania bronił dzielnie, twierdząc, że wiele kobiet właśnie z tego powodu przymyka oko na zdrady swoich partnerów. Czyli co, my takie materialistki jesteśmy, czy raczej mało zaradne, że jak facet z kasą nam się ulotni, to zginiemy, przepadniemy z kretesem? I nieważne są nasze uczucia, nasze poczucie godności, zdeptana miłość, rozczarowanie, które temu towarzyszy.  A co z facetem, który wie, że jest dla nas atrakcyjny tylko z powodu zasobności własnego portfela? Dobrze mu z taką wiedzą ?? Myśli, że ma władzę nad kobietą? Poruszony też był temat wszechobecny w prasie, czyli związki małżeńskie starszych panów z dużo młodszymi kobietami…I znowu niby o kasę się ma rozchodzić…I abstrahując od jakiegoś tam konkretnego przypadku, ale jak można z góry zakładać, że w takich związkach to tylko o pieniądze chodzi lub inne korzyści.. Coś, co dla jednych może być niepojęte, niezrozumiałe, ba, nawet nie do zaakceptowania, dla drugich może być czyste w intencjach i piękne w miłości… Bo miłość jest różna, wiele barw ma i nie pyta o wiek ani portfel… Przynajmniej taka miłość, którą ja pojmuję…

Reklamy