Zabawa w kotka i myszkę…

Od kilku dni pogoda bawi się ze mną w kotka i myszkę. Jak tylko wyjdzie słońce i zbiorę się w sobie by na ogródek wyskoczyć i narwać truskawek i pojeść prosto z drzewa czereśni, to zaraz deszcz zaczyna padać. Nie wiem skąd to się bierze i czemu ma takie wyczucie chwili, a ja nie mam?…no i mokra wracam, bo nie daję za wygraną, żeby mnie tam byle jaki deszcz wygnał…Tylko nudne to już się staje, szczególnie, że wiać mocniej zaczęło… A wczoraj tak skupiona byłam na obserwowaniu chmur,  kiedy by tu wyskoczyć i nie dać się zlać, że zapomniałam o jajkach…Gotowały się tak, że aż się przysmażyły…razem z garnkiem…Smród taki, że nic dziwnego, że nie poczułam jak  MUCHO SPRAYem  meble czyścić  zaczęłam…W ogóle nie rozumiem skąd się wziął takowy  u mnie …Muchy, choć natarczywe i paskudne to też stworzenia i truć nie zamierzam 😉 Ewentualnie tak jak Obama, czyli po amerykańsku przez łeb przywalę ;)…Ale by sama zatrutą nie być…wyszłam na ogród i co?…długo nie byłam bo znowu lać zaczęło…Jak w domu siedzę, słońce świeci…tylko wyjdę, pada…Jaja sobie tam w niebie robią, czy co?  A w sobotę na działce w Dużym Mieście impreza imieninowa…i teraz nie wiem jechać czy nie…bo jak ten deszcz za sobą pociągnę…?

 

A swoją drogą połowa czerwca minęła,a ja ani razu boso po trawie się nie przeszłam, ani razu   nocą ciepłą (nie było takiej) nie siedziałam na tarasie…w gwiazdy wpatrzona…

 

Chromolę taką pogodę…

Reklamy