Zdrowotnie, czyli wrzasnę sobie!!!!

Miałam już wczoraj ochotę wrzasnąć, ale dopadła mnie temperatura i pewnie ciśnienie podskoczyło, z którym już kilka dni walczę, więc dałam sobie spokój. Ale dziś nie odpuszczę i pokrzyczę sobie, bo wciąż jestem zbulwersowana faktem, jaki usłyszałam wczoraj w TV. A mianowicie dotarło do mnie, ile to Profesor Onkolog zarobił na szkoleniu rodzinnych lekarzy. Nie jestem przeciwna, a nawet jestem za tym, by lekarze zarabiali krocie, ale nie wtedy gdy NFZ świeci pustą kasą dla pacjentów, bo lek za drogi, bo rokowania nie takie, bo w ogóle nie przysługuje. A tu lekką ręką wydaje się około 640 tys. jednej osobie. Fakt, niby przez 3 lata tyle zarobił, ale co?? codziennie po 8 godzin ich szkolił?? Jestem za szkoleniem, bo sama jestem przekonana, że 80% zachorowań na raka w zaawansowanym stadium to winna lekarzy, a nie zaniedbań pacjentów. Nie każdy przecież leci od razu do onkologa, a często inni bagatelizują objawy. A tyle się mówi o profilaktyce. Tylko że znowu jest tak, że na rzetelne badania i na odpowiednią ilość ich przeprowadzenia brakuje kasy. A Pan Profesor stojąc przed kamerami mówi, że nic zdrożnego w takich zarobkach nie widzi. Bo on rzetelnie pracował. Nie ujmując mu wiedzy, doświadczenia i umiejętności jednak wrzasnę, że ja się nie zgadzam!!! Bo jak się mają czuć pacjenci, którym odmówiono leczenia? Albo tak jak mnie, odmówiono leku, który w swoim działaniu był 30% skuteczniejszy niż ten, który mi zaproponowano. Więc ja go sobie KUPIŁAM i być może uratował mi życie, a na pewno je przedłużył…To było aż lub tylko 12 tys, czyli za Profesora kasę można byłoby zrefundować lek 50 pacjentom. Wyzdrowiałam, wróciłam do pracy…a teraz gdy znowu walczę i jestem na zwolnieniu wciąż płacę składkę zdrowotną, to taki bonus od NFZ za to, że się sama zatrudniłam i stworzyłam innym miejsce pracy. Więc to chyba normalne, że podnoszę głos i oburza mnie fakt, że taaakie pieniądze idą do kieszeni jednego człowieka…