Kwiatek do kożucha ;)

Otulona kożuchem weszła do pokoju z naręczem żółtych tulipanów. Szybko pochowała ozdoby świąteczne i wstawiając kwiaty do wody …miałyśmy już wiosnę w środku zimy :). Szczególnie że za oknem świeciło słońce, a na moich kanapkach królował pomidor ze szczypiorkiem. Tak mało czasami trzeba…Zaraz pomyślałam: jakby tak we własnym domu…i sięgnęłam po telefon, żeby z mężem uzgodnić mój powrót z Dużego Miasta. Na jutro, a właściwie już na dziś…a tu kicha(NIE) i to dosłownie, bo z dwóch nosów. Obaj moi chłopcy ( Misiek ma ferie) się pochorowali i zarażają, tak stwierdziła jak najbardziej rodzinna pani doktor i zakazała mi powrotu do końca tygodnia. Więc trwają negocjacje…z chłopakami trochę wystraszonymi, że pozwolili sobie na choróbsko, gdy ja z siłami witalnymi chcę jak najszybciej do domu…W końcu, gdy zlikwidowano moją ANEMIĘ, która to, jak się teraz okazuje, rozkładała mnie na łopatki, to Oni dwaj polegli…A już myślałam, że w końcu bardziej osobiście się zajmę REMONTEM w domu rodziców, który prowadzę przez telefon od początku stycznia. Szczególnie że fachowiec mi marudzi, że farby są zbyt ciemne, a ja nie pamiętam w ogóle jakie wybrałam. Trudno się dziwić, jeśli zajęło mi to 10 minut, wraz z wyborem płytek. Tyle trwał mój pobyt w Castoramie. Płytki na i przed kominek to już wybierałam telefonicznie i tylko z opisu…więc farby przed położeniem chciałabym dopilnować…Meble do pokoju i sypialni z katalogu…i aż się boję efektu…No cóż, dostałam wolną rękę, tyle że czas dla mnie niesprzyjający…Ale za to jakie wyzwanie, a ja twarda baba jestem…
No więc chcę do domu…

Reklamy