Pisklęta wyfrunęły…

Bociany już odleciały, pierwszy dzwonek w wielu szkołach już  zabrzmiał, a u mnie opuszczone gniazdo. Cisza, spokój…coś, co nastąpić w końcu musiało. Pamiętam jak Tuśka szła do liceum w Dużym Mieście i z wielką torbą zamknęła za sobą drzwi, usiadłam w Jej pokoju i poleciały mi łzy. To było 4 lata temu…Teraz Misiek podąża Jej śladami, w tym samym mieście, w tym samym liceum. To Jego sukces, bardzo pragnął być właśnie w tym miejscu. Jest szczęśliwy, osiągnął to, co sam sobie założył, a nam rodzicom pozostaje tylko Go wspierać  w realizacji własnych celów. Zostaliśmy we dwoje z psem…już nie płyną mi łzy tak jak kiedyś, bo wiem, że te kilometry nie rozdzielą nas, że bliskość, którą stworzyliśmy wychowując nasze dzieci nierozerwalna jest. Pewnie, że rozstanie mogło nastąpić  później, że tu na miejscu tez są szkoły, ale dzieci  dokonują wyborów i trzeba im na to pozwolić. Przede wszystkim im zaufać, choć smutno się nagle zrobiło i ciężko na duszy, to serce się cieszy widząc uśmiechniętą buzię i radosny głos własnego dziecka. O to młody człowiek zaczyna kolejny etap swego życia…Jakże ważny…nowe środowisko, nowe przyjaźnie i ta samodzielność i odpowiedzialność . Ufam bardziej niż 4 lata temu, choć teraz wypuszczam z gniazda pisklę płci męskiej ;)). Wiem, czuję, że moje dzieci  nie oddalą się od nas, choć fizycznie to właśnie robią. Córcia w końcu już 5. rok będzie poza domem…A od maja  już w ogóle w domu rodzinnym nie mieszka. Nawet jeśli wracała na weekendy i teraz przez wakacje, Jej samochód zatrzymywał się 8 km bliżej…Postanowiła  zamieszkać z chłopakiem….i ten wybór trzeba było zaakceptować. Misiek pewnie będzie często na weekendy przyjeżdżał, aż pewnie nastąpi ten moment, gdy coś lub ktoś Go w Dużym Mieście zatrzyma. Na dłużej….być może na zawsze….Taka jest kolej rzeczy….takie jest życie….

Reklamy