Czy na szczęście trzeba mieć przyzwolenie?

W lutym spotkała Ją tragedia. W wypadku zginał mąż, pozostawiając po sobie mnóstwo niedokończonych spraw. Żal i gniew…wiele nocy przepłakanych z pytaniami bez odpowiedzi. Myślała, że nie poradzi sobie sama: dwie córki, studentki nigdy w  niczym nie  pomagały w domu. Inni też tak myśleli. Z  gospodarstwem, które razem  prowadzili, z samotnością.  On był mózgiem  i duszą tego wszystkiego. Dobrym gospodarzem. Gorszym mężem i ojcem. Za Jego życia nie raz też łzy popłynęły, a dziewczyny żadnego właściwie kontaktu z Nim nie miały. Brak czasu, zawsze wymówką był, gdy  chciały porozmawiać. Widząc, jak innych traktuje, jak dla innych zawsze miał czas, miały żal. Ona też. Na pogrzeb poszły tłumy- ksiądz  jeszcze takiego pogrzebu nie widział w swojej parafii. On był duszą towarzystwa, dobrym człowiekiem dla każdego- pracowników traktował lepiej niż braci. Każdemu z sąsiadów pomógł, użyczył  sprzętu, z każdym pobiesiadował, coraz częściej. I to Go zabiło…tak można powiedzieć. Wzięła sprawy w swoje ręce. Nie było łatwo i nie jest…Bo resztki poczucia bezpieczeństwa wraz z Nim odpłynęły. Musiała je powoli odbudowywać…w sobie i w córkach… Gdy uporała się z formalnościami, co dość długo trwało, bo wszystko Jej po blokowali, rozejrzała się  dokładnie po swoim podwórku. Pierwsze co zrobiła, to założyła wszędzie zamki i kłódki. Pracownikom się to nie spodobało, ale dalej swą pomoc ( w końcu odpłatną) deklarowali, mrucząc pod nosem, że za Jego rządów tego nie było. Bomba jednak wybuchała niedawno…Ona kogoś spotkała na swojej drodze. Za iskrzyło…mocno. Nagle okazało się, że jest wciąż kobietą. A nie tylko kucharką, sprzątaczką, jednym ze sprzętów  domowych. Postanowiła nie ukrywać swojego szczęścia, przedstawiła córkom, swojej rodzinie i rodzinie byłego męża. Z grubej rury wypaliła ;” to może mój przyszły mąż „..Ojjj nie spodobało się co poniektórym, choć na chwilę zapomnieli języka w gębie. Tego złośliwego, bo jakże…nawet pół roku nie minęło od śmierci męża. Długo ta cisza nie trwała…jak to w rodzinie, jak to na wsi. Ludzie oburzeni, że tak jawnie, tak szybko za rękę do kościoła przyszła. Lepiej już by było, żeby po kryjomu się spotykała. To słowa tych ciut życzliwszych. Nie wspomnę, że każdy zaczął się martwić o pozostawiony majątek. A pracownikom nagle przestała się praca podobać. Bo wykryto ubytki…kradzieże paliwa. Gdy ostro zareagowała, nagle po wsi zaczęli rozpowiadać, że się zwolnią, szczególnie była prawa ręka  byłego gospodarza. Że za życia tamtego, żadnych kontroli nie było.. Że nagle przestało im się ufać. I pewnie to ten „nowy” miesza. Ludzkie języki nie są mi obce, te wiejskie  bywają  bardziej kąśliwe,  bo tu plotka krąży bardzo szybko, wchodzi pod strzechy, czy chcesz tego. czy nie. Można się uodpornić i nie zwracać uwagi, jednak czasem coś mocno człowieka zbulwersuje. Usłyszałam słowa od przyjaciela,  przyjaciela właściwie całej Jej rodziny, że: nie powinna tak ostro z pracownikami, że powinna załagodzić, no bo jeśli nawet codziennie wyniosą na 20 zł…A ja myślę, że uczciwemu człowiekowi,  nie mieści się takie postępowanie w głowie. Dla mnie to Ona jest uczciwa we wszystkim, co robi… Nie szukała miłości, sama do niej przyszła, więc nie zamiotła jej pod dywan, pokazała światu. Że zbyt ostentacyjnie…no cóż, konsekwencje sama będzie tego ponosić, nie kto inny. To Jej życie…Nie myślała, że byli okradani przez lata, a mąż pewnie oko przymykał…bo jak reagować lub kogoś karać, jak często-gęsto razem wódka wypita. Ona zareagowała, uczciwe powiedziała, że wie.. Każdy ma swoje sumienie i z nim musi żyć…Ale to już tak jest, że łatwiej oceniać, krytykować innych postępowanie niż swoje. Tym ostrzej, gdy ktoś łamie kanony ogólnie  przyjęte, łapiąc szczęście, które wpadło w ręce. Ja się tylko pytam…czy musimy mieć na to przyzwolenie społeczne?

Ja się uśmiecham…byłam w Jej towarzystwie. Promienieje…