Moja chata skraja..

Są momenty kiedy lubię swoją- nie moją wieś…nawet gdy za oknem deszcz bębni o szybę i czwarty dzień nawet promyczka słońca nie widzę. Wieś jest duża, z chodnikami, ulicami nazwanymi, ze swoim centrum. Bywa nawet dość gwarna. Ale my nie mieszkamy przy głównej ulicy ciągnącej się 3 kilometry. Raczej bardziej na uboczu i to ubocze lubię najbardziej. Gdy nie mam ochoty widzieć obcych ludzi, gdy chcę zniknąć nawet na dzień cały, wystarczy nie patrzeć przez okna wychodzące na ulicę, wystarczy usiąść w fotelu, latem na tarasie i patrzeć na łąkę i drzewa…Robię sobie wolne od pracy i zamykam się w sobie, dla siebie. Rzadko, ale lubię uciec od odgłosów z zewnątrz. Mam wrażenie, że nic mnie wtedy nie dotyka, nie obchodzi…Umiem się wyłączyć z codzienności, dlatego lubię też wyjazdy. I potrzebuję tego by nie zwariować. W takich momentach mam wrażenie, że życie toczy się gdzieś obok mnie, pędzi w swym pędzie nie oglądając się, nie czekając czy za nim podążam… I mam to w nosie w tych momentach. Bo i tak już nie dogonię, zasapię się jedynie i padnę na pysk. Wiecie jak czasem trudno odpuścić…Ja już czasem potrafię i wtedy cenię sobie swoje miejsce zamieszkania, bo tu jakby łatwiej mi przychodzi…