Chwalmy częściej…

Tak często chwalone, za pierwszy uśmiech, ząbek, słowo…krok. Każda nowa czynności przez nasze małe dziecko jest zauważona, doceniana, dopingowana. Zachęcamy wciąż do nowych osiągnięć, czekamy na nie niecierpliwie, chwalimy się otoczeniu, jesteśmy dumni. To takie naturalne wręcz. Zastanawiam się, co musi się stać po drodze w naszym spojrzeniu na własne dziecko, że gdzieś ta wiara, że potrafi, że da radę, ulatnia się. I widzę, jak są podcinane skrzydełka na starcie. Słowa, które dziecko słyszy wypowiadane z ust własnej rodzicielki, że jest za słabe, że nie da rady, że wystarczy już to, co ma, że nie musi więcej. Akceptacja na lenistwo, bo i tak nie poradzi sobie. Jednak ustawianie poprzeczki zbyt wysoko, porównywanie do innych, realizowanie w sumie własnych marzeń i popychanie wciąż w górę też jest zachowaniem skrajnym. Chwalenie, docenianie tego, co własne dziecko osiągnęło, pozwolenie mu na realizacje własnych wyborów i wspieranie go w tym, umiejętne podsuwanie różnych dróg, to droga by dziecko poznało swoją wartość. Gdy słyszy, że i tak jest słabe, zaczyna po prostu w to wierzyć i traktować jako usprawiedliwienie swoich porażek. Nie każde jest zdolne, wybitne, utalentowane. Ale każde coś robi najlepiej, każde można za coś pochwalić, dostrzec jego starania. Niektórzy rodzice o tym zapomnieli…

Reklamy