Chińska bajka…;)

Za oknem wciąż bajkowo jest. Aż nie chcę się wychodzić, bo im dalej w las, czyli miejską dżunglę, tym gorzej. Najchętniej zapadłabym we własnym fotelu i podziwiała w ciepełku widoki. Niestety, tyłek trzeba było ruszyć i wyruszyć. Tuśka jako kierowca, więc mamunia mogła podziwiać ośnieżone drzewa na trasie. Bezpiecznie. W ciepełku. Miasto jednak przywitało nas uliczną breją i jakąś taką szarością mimo śniegu. Stanowczo stwierdzam, że zima ładniejsza na wsi jest. Po załatwieniu bieżących spraw, postanowiłyśmy udać się do chińskiej restauracji na posiłek. W naszej ulubionej, jedynej w Małym Mieście, jedyny Chińczyk wyjechał na urlop. Więc jak już znalazłyśmy się w Średnim Mieście, chciałyśmy skorzystać z okazji. Sęk w tym, że ta, którą ja znałam, w remoncie jest. Tuśka z racji tego, że w tym mieście kurs prawo jazdy miała, gdzieś Jej w oczy wlazł jakiś szyld. Pozostawiłyśmy auto na parkingu, by nie kręcić się po jednokierunkowych i ślepych uliczkach „wkoło Macieja”, wyruszyłyśmy na poszukiwania. Od razu nie w tą stronę, ale to okazało się później, gdy już zmarznięte, mokre… dotarłyśmy. Tuśka chociaż miała czapkę na głowie, bo Jej jest ładnie a mnie nie…Za to jej śnieg padał za kołnierz, a mnie nie. Usiadłyśmy szczęśliwe i zanim coś do jedzenia wybrałyśmy, poprosiłyśmy o herbatę…W odpowiedzi usłyszałam, że nie może być podana, bo chodzi zmywarka. Hmmm… piiiii…no! Może ja głupia jestem, ale nie chciałam nawet wnikać ” co ma piernik do wiatraka”. Tuśka podejrzała, co się dzieje w kuchni i szeptem mi oznajmiła, że żaden Chińczyk nie robi jedzenia, tylko…Blondyna …No cóż podjęłyśmy to ryzyko….;)) Gdy już po powrocie z kubkiem gorącej herbaty okupowałyśmy kanapy, stwierdziłyśmy, że dopóki nie wróci nasz Chińczyk i śnieg nie stopnieje, nigdzie się nie ruszamy…;)))

Reklamy