Psie amory…

Maks zwany czasem przeze mnie Maksymilianem -gdy chcę nadać powagi sytuacji- jest u nas od dwóch lat.To pies indywidualista…Szczeka na kogo chce, wychodzi i przychodzi kiedy chce i je to co chce i gdzie chce. Karmiony jest na dwa domy, bo i u teściów za płotem czasem mu się coś dostanie. Biega sobie luzem i…hmmm wiem, że to niedopuszczalne nawet na wsi, ale tak jest. Nie lubi żadnego skrępowania.Umie podać łapę, nawet dwie 😉 Moi rodzice  przez okres świąteczny nocowali w swoim domu, bo jak kto pamięta z innych notek, wybudowali się 500m ode mnie.Sami mają psa, kundelka małego Kropką zwanego a przeze mnie Kropkiem. Bo miał to być pies i pod takim warunkiem moja mama przyjęła psa do Dużego Miasta;) Jednak weterynarz przy szczepieniu rozwiał nasze nadzieje i z duszą na ramieniu wieźliśmy babci suczkę. Kropka ma akurat cieczkę…więc spotkanie z Maksiem jednym wielkim hałasem było, gdyż jeszcze na etapie odtrącenia jest. Warczała, gryzła, szczekała…nie do wytrzymania…Maks nie dał za wygraną i w nocy udał się w amory..Moi rodzice nie zamknęli domu i tak nasz sprytny pies, otworzył sobie najpierw furtkę, później jedne drzwi, następnie drugie…I tak o pierwszej w nocy, babcia wyrzuciła dziadka z sypialni i zamknęła się w niej z Kropką, a dziadek z Maksiem w salonie  na kanapie spali. I miej tu człowieku dzieci…tfuuu psy…;D

 

Reklamy