Powoli kończą się…

Za oknem świat spowity we mgle, jakiś taki nieprzyjazny wydaje się. W domu kolorowa choinka w blasku fioletowych lampek. Zgroza…ale to moje wszystko na ostatnią chwilę dało się we znaki. Z 5 kompletów  żaden nie świecił…Tuśka wyruszyła na zakup nowych i przywiozła fioletowe. Ja wiem, że są różne gusta, ale dla mnie światełko to  ma być białe lub żółte…ech…jedne zdołały się naprawić, więc jak dołożyłam do tych fioletowych, to odetchnęłam z ulgą…Bo drzewko śliczne jest…Nie na długo, bo wczoraj zgasły…chyba już na zawsze…ech…Okazało się też, że brakuje nam papieru lub torebek świątecznych, wyruszyła ponownie i…nie przywiozła…ech…Dołożywszy do tego, że karp w okolicy wysprzedany już był rano w sobotę, to miałam wrażenie jakbym się w czasie cofnęła…

Objedzona jestem okropnie, ale tak ma przecież właśnie być, bo barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i karp nie smakuje nigdy lepiej niż wte dni…A wczoraj był zgrzyt…Mąż wyraził dezaprobatę, że Tuśka poszła do domu chłopaka w pierwszy dzień świąt…i nieważne, że Ją Jego rodzice zaprosili..A dziś raniutko  wyjechał razem z Miśkiem…No lubię tradycyjne święta, ale nie trzymam się tego kurczowo, w końcu czasy też się zmieniają…Choć z drugiej strony właśnie wte dni tradycja jest ważna; coś, co tak samo trwa przez lata, nasze dzieciństwo, dorastanie i dorosłość…ech..

Powoli kończą się…jutro znowu codzienność z zapachem choinki w tle…

Reklamy