Niech trwa…

Krople jesiennego deszczu stukające o okno dachowe obudziły mnie wczoraj. Już dawno deszcz mnie nie budził, a przydałby się, bo ziemia nieprzyzwoicie sucha jak o tej porze roku. Zaraz zresztą wyszło słońce…Nie, nie narzekam, bo jesień cudna, ciepła i mogłaby trwać tak przez całą zimę. Lipy za oknem jeszcze żółtozielone, a u sąsiada na parapecie piękne pelargonie. I nie szkodzi, że ranki chłodniejsze i wieczory, że mgła i wilgoć, bo w ciągu dnia temperatura przyzwoicie wzrasta. Tylko Maksio, który przyzwyczajony wybiegać i wbiegać na żądanie, zostawia  mokre ślady swoich łap gdzie popadnie. Zanim ja go dopadnę.

Misiek już w domu…leży i przemieszcza się o kuli tylko do łazienki. Z każdym dniem mniej już Go boli. A ja szczęśliwa, że poza szpitalem jesteśmy. Takiej arogancji nie spotkałam nigdzie jak na tym oddziale. Od ordynatora w dół…ech szkoda słów.

Więc cieszę się tą jesienią, dziś jadąc samochodem, podziwiałam szpaler kolorowych drzew. I cieszę się na przylot Przyjaciółki, odkąd wyemigrowała  17 lat temu, była w kraju latem i zimą…Czas więc na jesień…kiedyś może i na wiosnę 🙂