Octoberfest, czyli….

Co ja będę się rozpisywać, przecież każdy wie, że cudnie się oderwać od rzeczywistości, spędzić czas z dala od codziennych trosk, wśród Przyjaciół, i nieważne czy to jest środek lasu, szlak górski, piasek morski czy brzeg jeziora. W moim przypadku akurat centrum miasta…Kilka dni, toczące się rozmowy, wspólne pichcenie lub wypad do kafejki, spacery, zakupy….wszystko w innym wymiarze. I jeszcze jedno, choć przyjeżdżamy do Nich raz lub dwa razy do roku, to pierwszy raz akurat trafiliśmy na October-fest. Oczywiście nie taki z rozmachem jak np. na Bawarii pokazują, ale pierwszy raz znalazłam się w wielkim namiocie przy ławie z kuflem piwa i w takt muzyki grającej przez zespół kiwałam się wraz z innymi podnosząc kufel do góry. Był Diabelski Młyn i podziwianie z góry miasta gdy puszczali fajerwerki, rzucanie piłką do celu i lotkami do baloników, i tu okazałam się lepsza od panów  i tygrysek jest mój ;)) Było trzymanie się za rękę z własnym mężem i zaglądanie do wszystkich budek stojących na placu i objadanie się prażonymi orzeszkami w cukrze…Czyli było beztrosko i cudnie :))

Wróciłam wczoraj, późnym wieczorem…włączyłam TV , akurat na „Teraz MY” i tak sobie pomyślałam, czemu ja nadal nie rozumiem o czym pan K. mówi, podobno gadał w ojczystym języku….

Reklamy