(Nie)moralna propozycja…?

Mając niecałe 14 lat, nagle zapragnęłam posiadać własne zarobione przez siebie pieniądze. Więc z koleżanką wyruszyłyśmy na poszukiwanie sezonowej pracy. Był początek wakacji, dyspozycyjne byłyśmy, młode i chętne. Niestety nikt naszych rąk do pracy, a tym bardziej umysłów nie potrzebował i gdy tak po trzech dniach intensywnych poszukiwań siedziałam zrezygnowana w domu,  niespodzianie dostałam propozycję nie do odrzucenia. Własny tata, widząc, że dziecię garnie się do roboty, zaproponował 10% udział w zyskach z pasieki przy wkładzie mojego czasu i fizycznej pracy. Nie zastanawiałam się zbyt długo i tak zapewniałam sobie prace na kolejne lata w wakacje, a czasem i wcześniej. Do moich obowiązków należała pomoc w wirowaniu miodu, czasem trzy razy w sezonie, łapanie roi i dokarmianie pszczół. Praca czasem była ciężka i kąśliwa, ale, że pasieka była u dziadków na wsi to połączona z intensywnym wypoczynkiem. Jedynym mankamentem było to, że nigdy do końca nie znałam terminu rozpoczęcia danych prac i czasem będąc w drugim krańcu kraju na wakacjach, wzywana byłam do roboty! Za to wynagradzana byłam sowicie, zawsze jakaś premia wpadła. Do czego zmierzam… Ano, będąc ostatnio u znajomych, Pan Domu miał pretensje do własnej małżonki, że mu nie pomaga przy papierach, czyli własnej zawodowej pracy, bo on się nie wyrabia i potencjalni klienci mu uciekają. Owa małżonka nie cierpi papierkowej pracy, a sama zawodowo pracuje, w domu też się nie obija. a i dorabia sobie fryzjerstwem, bo taki ma zawód. Pozostaje jeszcze 16-letnia córka, która od czasu do czasu pomaga ojcu uporać się z papierzyskami. Pan domu stwierdził, że będzie kogoś musiał zatrudnić…więc ja wyszłam z propozycją, żeby zaproponował to własnej córce, uzgodnił warunki i na pewno chętnie się zgodzi na taką systematyczną pracę, jeśli będzie miała za nią zapłacone. No i tu usłyszałam, że co ???, że własna córka to powinna sama z siebie pomagać, że niedługo za wyrzucanie śmieci będzie trzeba własnym dzieciom płacić …itp. itd. … Poczułam się przez chwilę, jakbym z niemoralną propozycją wyszła. Ale przecież jest różnica w płaceniu dzieciom za wykonywanie domowych prac, czy też za stopnie, bo to przecież jest ich obowiązek, a za pracę zawodową, którą to my sami powinniśmy wykonać ,a jeśli nie dajemy rady i potrzebujemy pomocy, to kogoś zatrudniamy…płacąc mu. I nie ma tu różnicy czy to jest obcy człowiek, czy też własne dziecię. Tak nakazuje uczciwość. Po drugie wiem, jak mnie ukształtowała taka praca, nauczyła szacunku do pieniądza. A może ja się mylę ???

Reklamy