A po burzy…światło…;)

Miałam nie narzekać, bo i tak wpływu na nią nie mam …żadnego…Nawet zła nie byłam, gdy po marszu pośród łąk, a i czasem biegu, z szumem w uszach i mokrymi nogawkami wróciłam  do domu…Nawet wtedy gdy wystarczyły 3 minuty by zmoknąć do suchej nitki…No, ale kilka dni, gdy deszcz prawie cały czas zacina, wiatr hulance wywija, a słońce jak wyjdzie, to tylko po to, by zaraz się schować… No i ta wczorajsza burza…1/3 wsi prądu całą noc nie miała…No i ja oczywiście w tej mniejszości się znalazłam…I tak pół wieczora spędziliśmy u znajomych, gdzie świeczki nie były potrzebne, a to tylko 1 km od domu…Za to nasza okolica…boszz  jakby tajfun jakiś przeszedł…a dom w blasku świec płonął…To Tuśka z koleżanką babski wieczór sobie zrobiły, a Misiek  słuchając IPoda ze słuchawkami na uszach, wydzierał się tak, że muzyki już nie potrzebowały…No i romantycznie się nagle zrobiło…i miałam nie narzekać, bo przecież po burzy zawsze słońce wychodzi…i co??? guzik, tylko światło przyszło…rano…ot!