Gorzki smak przyjaźni…

Nie miała w planie przyjazdu do domu na weekend. Wręcz przeciwnie miała plany na sobotni wieczór  w mieście. Jednak jej przyjaciółka kończyła w czwartek swoje 18. urodziny. Więc w piątek wsiadła zaraz po lekcjach w autobus, bo jak na złość akurat w ten dzień dziadek, który co piątek ją przywoził,  musiał wcześniej wyjechać…I tłukła nim się prawie dwie godziny, nie dojeżdżając nawet jeszcze do celu. Odebrana z dworca autobusowego już samochodem pokonała ostatnie 30 km…Niby nic takiego, bo przecież robiła to w imię przyjaźni, by tamtej smutno nie było, że jej nie będzie…Zaniosła prezent, umówiły się na wieczór…A wieczorem przyjaciółka stwierdziła, że zbyt zmęczona jest….Więc wyszła… i poszła pobiegać…Na drugi dzień  kolega zawiózł ją na pociąg i pojechała do miasta…

Kiedyś mi powiedziała, że strasznie mi zazdrości…mojej przyjaźni. Miała szanse stworzyć coś podobnego, tak jak my znają się od najmłodszych lat…Ale w przyjaźni jest tak, że nie może tylko jedna strona dawać a druga tylko brać…Choć nie oczekuje się wdzięczności, ale czasu…empatii i zrozumienia…