Wyszło słońce…

Zamknęłam drzwi, zostawiając Ją za nimi…uśmiechniętą…A wcześniej śmiała się w głos. Za tymi drzwiami dopiero zeszło ze mnie napięcie ostatnich dni. Wiem, wiem, że smutek, gorycz tego, co się stało jeszcze pewnie nie raz powróci, ale powoli wraca do życia, nabiera sił, by ostatecznie postawić „kropkę nad i”…By w końcu skończyła się pewna historia i ukazał się napis The End…Wracałam z mojego Dużego Miasta w pełnym słońcu i tak się nim delektowałam, że w końcu jest na niebie i świeci cudnie, ogrzewając moją twarz swoimi promieniami, że nawet nie włożyłam okularów, choć zawsze mam je na nosie, nawet w pochmurne dni. Ale chciałam, żeby mnie oślepiało, chciałam się nim nacieszyć. I szary, zalegający jeszcze gdzieniegdzie śnieg, nie wydawał się już taki brudny, a dziury, w które co jakiś czas wpadałam, mniej uciążliwe.I choć dzień wcale ciepły nie był, to czuło się już zapach wiosny…Ona stoi już za rogiem w zielonym kapeluszu i przebiera nogam,i by w końcu nadejść i oszołomić nas swoimi zapachami i kolorami…I wiem, że przyjdzie taki czas, że wkroczy w serca te mniej teraz szczęśliwe, by rozkwitnąć nadzieją…

Reklamy