Żelazny temat…

O tej porze roku temat, który powraca jak wszelakie ptactwo z ciepłych krajów to: DIETA. I choć nie zanosi się, by w najbliższych dniach, a być może i tygodniach, bo coś mi tu o jakiś mrozach ciężkich telewizja nadaje; a więc nie zanosi się, by w końcu spod grubej warstwy wierzchniego okrycia swoją sylwetkę wystawić na spojrzenia innych, to jednak chęć wciśnięcia się w swoje ulubione rzeczy bez wysiłku, jest przeogromna. I ja choć wagę domową posiadam, jak chyba większość z was, to w ogóle nie sugeruję się tym co wskazuje…Zresztą ona zawsze oszukuje 😉 Najlepszym motorem do jakichkolwiek działań w kwestii własnej sylwetki jest to, czy wchodzę w swoje stare ulubione jeansy. Na szczęście jeszcze nigdy tak się nie stało, żebym nie wcisnęła się w nie w ogóle, ale żeby mi było w nich wygodnie, to już nie powiem ;)…Tuśka mnie ostatnio poinformowała, że gdzieś tam wyczytała, że nasze społeczeństwo chętniej sięga po wszelkie medykamenty odchudzające niż inne tortury, więc na pierwszym miejscu łykamy piguły…Mnie to nie grozi, do wszelkich tabletek mam awersje i gdybym dożyła, że żywność została nimi zastąpiona, to pewnie w anoreksje bym popadła ; )Na drugim miejscu są różnorakie diety…To też odpada, bo za gotowaniem nie przepadam, cierpliwości mi brak…a jednak jedzonko uważam za jedną z największych przyjemności na tym padole łez;) Na trzecim miejscu uplasowała się gimnastyka…Podobno, niestety, nie jesteśmy ruchliwym narodem…I tu ja bym chyba najchętniej skorzystała tylko po pierwsze: sama, w domu?-odpada, motywacji brak; po drugie: do klubu fitness to ja mam daleko; i co, znowu sama?- odpada, nie mam z kim. Więc odchudzać się nie będę, jedyne co mogłabym zrobić, to nie zajadać się w nocy, co właśnie czynię, ale tu muszę się zastanowić czy tego…chcę 😉

Reklamy