Sama…na wspólnej drodze…

Wczoraj w moim rodzinnym mieście spotkałam kuzynkę w sklepie, w którym zresztą pracuje. Latem wychodzi za mąż, a szczęście to od Niej biło na kilometr…Zważywszy, że 30 -tka na karku i jak to nasze babcie by powiedziały, że czas najwyższy po temu, to do tej pory jakoś Jej się nie układało z facetami…A teraz cała w skowronkach wymachiwała mi przed oczami ręką z pierścionkiem…więc kiedy w końcu załapałam;),że to zaręczynowy i pochwaliłam głośno, że cudny, to dowiedziałam się, że sama go sobie kupiła…Bo oblubieniec nie ma czasu, nie ma czasu na nic…Więc wszystko za Niego załatwia, wszystko sama. No cóż, w końcu ma wprawę…tyle lat była sama…Jednak ja sobie pomyślałam, że jeśli Ona jeszcze przed ślubem taka Zośka -Samośka, to co będzie później??? I smutno mi się zrobiło, co to się porobiło, że facetów trzeba wyręczać lub nawet zastępować…No bo tak…ja do kina chodzę z córcią lub z przyjaciółkami, kwiaty kupuję sobie sama tak bez okazji, na spacery wspólnie nie chodzimy, na tańce też biegam przeważnie bez Niego,nawet urlopy o ile takie mamy spędzamy osobno, w myśl zasady, że pracujemy razem…I mogłabym tak wymieniać jeszcze…a na usprawiedliwienie, zresztą wątpliwe to mam takie, że nasz związek już pełnoletność uzyskał…Ale moja kuzynka dopiero wchodzi na tą drogę…poniekąd przecież wspólną…
I po co komu mąż???
aaa jeszcze go musi odchudzić…SAMA!

Reklamy