Nie ma dymu bez ognia…

Rankiem telefon:

-Słuchaj, musisz sama dostarczyć nam komputer, jesteśmy zawaleni robotą, ale w międzyczasie załatwimy ci ten certyfikat, tylko weź wydruk poprzedniego…

O matko…cały tydzień domagałam się informatyka, bo certyfikat stracił ważność i nic do ZUS-u nie mogę przesłać, a termin się zbliżał. A tu jeszcze sama muszę!!! Lecę do kompa, po drodze wstawiając na kawę…Pomału popadam w popłoch…najpierw niezwłocznie jeszcze muszę popracować, bo jeśli zabiorą, to nie wiadomo, o której godzinie oddadzą…jednocześnie szukam starego certyfikatu…Nadaremnie…jak kamień w wodę…

Powoli robię się zła…

Jeszcze ten zapach…spalenizny…

Myślę, co ci ludzie palą od rana…

Tylko bez nerwów- myślę, rzucę okiem na blogi…

Przypominam sobie o kawie…

Jeszcze raz rozwalam całą stertę papierów…Jest certyfikat!!! hurrra!

Uffff…

Idę do kuchni…smród i dym…Zamiast pod czajnikiem podpaliłam gaz pod garnkiem z trzema ziemniaczkami, które zostały po wczorajszej kolacji. Chwytam garnek, by szybko wystawić go na taras, oczywiście, pomimo że przez ścierkę, to tak niefortunnie, że oparzam sobie rękę…

Otwieram wszystkie okna…

Wchodzi mąż…

-A co ty robisz???…

– Nic…zawożę kompa do informatyka.

-W piżamie??? i czemu tu tak śmierdzi????

No właśnie…czemu ???