Szaleństwo podręcznikowe…

Pięcioosobowa rodzina, oboje rodzice pracują.Ona od niedawna na pół etatu i tak szczęśliwa, że Jej nie zwolnili…Ot, taki standard polskiej rodziny wiążącej koniec z końcem każdego miesiąca. Gdy nikt nie zachoruje, gdy nieprzewidziane wydatki nie uszczuplą ich budżetu, jakoś sobie radzą…Gdy jednak stanie się inaczej zmuszona jest pożyczać, zadłużać się w sklepie. Wczoraj przyszła po 20 zł na bilet do miasta, by udać się do lekarza…I słowa „nie pogniewasz się, jak oddam ci dopiero w październiku?” Zakuło, zabolało, bo uświadomiło jak każdy grosz w tej rodzinie się liczy…I takich rodzin jest wokół mnie dużo, za dużo…Które pracują, oszczędzają na wszystkim, a i tak ich nie stać na wiele podstawowych rzeczy…choćby na podręczniki dla dzieci. Ona kupiła tylko najmłodszej idącej do zerówki córce, starsze dzieci -w szkołach  średnich- muszą poczekać…Między moimi dziećmi jest 4 lata różnicy. Misiek szedł teraz do pierwszej gimnazjalnej i żaden podręcznik się nie powtórzył z tych, co miała Tuśka. Pomijam już fakt, że Ona swoje oddawała bardziej potrzebującym i tak tez robi Misiek ze swoimi podręcznikami …Ta sama szkoła , ci sami nauczyciele i inne podręczniki…Nowy komplet to 350-400zł…Dla wielu rodzin problem nie do przeskoczenia…

Tuśka dostała pieniądze na swoje podręczniki, chciała zaoszczędzić i biegała po antykwariatach..Nie dostała ani jednego…to nawet logiczne, bo w końcu licealiści zatrzymują, by uczyć się później do matury…ale przecież nie wszystkie im są potrzebne…Sama te niepotrzebne postanowiła oddać do antykwariatu…niech inni skorzystają…

W niektórych szkołach odbywają się kiermasze, ale tylko w niektórych…często jest tak, że uczeń przychodzi we wrześniu i dowiaduje się o zmianie podręcznika, albo dopiero dostaje wykaz i wtedy na używane w ogóle nie ma już szans…

Pomarzyć możemy, że kiedykolwiek u nas będzie tak, jak w niektórych krajach…że to szkoły zapewniają podręczniki uczniom, niezależnie czy to szkoła prywatna, czy państwowa…