Ufff…

Z ulgą wróciłam do domu, jednak miasto rozgrzane słońcem na dłuższą metę nie jest przyjemne. Szczególnie gdy akurat blok Tuśki ocieplają , więc małe kuleczki styropianu fruwające po wietrze wszędzie się wdzierały, bo pomimo ,że hałas nieziemski i kurz to nie sposób w takie upalne dni zamknąć wszystkich okien. Nie wiem jak Ona to wytrzyma , bo ja „uciekłam” spać  do Przyjaciółki ,a Ją rankiem zbudzili panowie na rusztowaniach głośną rozmową o własnym wyglądzie ;)…Konkretnie o spodniach mowa była…czyżby jakaś specjalna moda panowała dla robotników budowlanych…??? No cóż, przez jakiś czas muszą się reprezentować 😉 zaglądając w okna mieszkańców 😉

I znowu niekonsekwentnie postąpiłam wybierając się do centru handlowego z córcią , bo efekt z góry przewidziany…więcej rzeczy Jej kupiłam, choć przecież nic nagłego nie potrzebowała, a ja i owszem…Tylko że ponownie moje nogi powędrowały do sklepu, w którym zawsze coś wypatrzę i kupuję, choć niekoniecznie muszę 😉 Także kolejny raz wzbogaciłam się o te sztuki garderoby, które hmmm mam chyba w nadmiarze w szafie ;)…I spłukałabym się doszczętnie, gdyby nie czerwona lampka, która się zapaliła….bynajmniej nie w mojej głowie… tylko w samochodzie;)…Ot, trzeba było jakoś i za coś wrócić do domu, na wieś…Gdzie pokus mniej…i powietrze takie bardziej rześkie…i cisza dzwoniąca w uszach…