Przemijanie…

Obudziły mnie dziś promienie słoneczne, leniwie otworzyłam oczy. Przez okno w dachu wdzierało się ciepłe powietrze…czyżby lato wracało? Świadomość, że wakacje powoli się już kończą, nie nastraja optymistycznie. Za parę dni Tuśka będzie pakowała swoje rzeczy, by znowu przez 10 miesięcy być poza domem. Zrobi się cicho…już jest, bo zostali sami domownicy…Przyjdzie jesień, po niej zima…i znowu czas zatoczy koło i znowu z utęsknieniem będziemy wyczekiwać wiosny …Zostaną połapane jak barwne motyle te cudne chwile, które już są wspomnieniem …i kolorowe zdjęcia…kwiaty zasuszone. Zapachy lata w słojach i butelkach zakręcone…Jeszcze boso na tarasie piję poranną kawę, a już niedługo popołudniową będę pić opatulona w koc…Rozpalę w kominku, by ogrzać wspomnienia…
Jednak zanim to będzie, jeszcze patrzę w czyste błękitne niebo, mrużąc oczy prosto w słońce…ogrzewam się jego letnimi promieniami:)

Reklamy

LOT…

Właśnie nie spiesząc się, włączyłam komputer, bo wiem, że w skrzynce nie ma jeszcze emalii od Przyjaciółki. Nie ma…ale będzie! Ucałowałam, pożegnałam, pomachałam…i będąc już na urodzinach koleżanki, myśląc, że Ona już jest od 1,5 godziny „w górze,” dostaje telefon. Wyświetla mi się numer, który nie znam, ale początki cyfr powodują szybsze bicie serca. To Ona dzwoniła z lotniska, mówiąc, że awaria…już mieli wbić się w górę, jak ostro samolot zaczął hamować…Ogłoszono awarię, przy hamowaniu jeszcze złapali gumę, kazali wysiąść z bagażami podręcznymi. Wiem, jak bardzo się denerwowała, że tak długo będzie lecieć…Pierwszy raz zdecydowała się na LOT…stąd to ponad 9 godzin lotu…a tu jeszcze opóźnienie…Po godzinie dzwoni jeszcze raz, że wylecą o 21.30…to prawie 5 godzin opóźnienia…Informuję Jej męża dzwoniąc za ocean, by się dowiadywał już w na miejscu…Znowu patrzę na zegarek, myśląc, że już jest w górze, gdy dzwoni komórka z” numerem prywatnym”…Intuicyjnie czuję, że to Ona…potwierdza to się…jest w hotelu, jakiś pan umożliwił jej przedzwonienie…samolot dopiero wystartuje nazajutrz… Tzn. dziś…właśnie od godziny leci…SZCZĘŚLIWIE…innej opcji nie ma!

6 tygodni…

Czas nie stoi w miejscu…to każdy o tym wie. Ale ja mam wrażenie, że galopuje z ogromną prędkością. Dopiero co witałam Ją na lotnisku, a dziś Ją będę żegnała. Czas pożegnania nadszedł…6 tygodni minęło jak jedna chwila…radosna, cudowna, zwariowana …ale jedna chwila. Kuferek wspomnień naładowany po sam brzeg…Pięknych wspomnień…tych odgrzebanych i tych nowych… Jutro zejdę na półpiętro gdzie stoi komputer, usiądę z kawą przed monitorem i będę miała od Niej emalię…pisaną już pod „innym” niebem;)…Znowu internet i telefon będzie musiał nam wystarczyć na jakiś czas…Być może przyleci na święta…może ja polecę na wakacje…To plany…
Nie lubię pożegnań…

Rodzina na wakacjach…

Wstąpiłam do koleżanki na kawę, myśląc, że zastanę zadowoloną rodzinkę z wyjazdu nad morze…

On: Pracuje jako agent ubezpieczeniowy w jednej z największych firm…Od poniedziałku do soboty…od rana do wieczora…

Ona: Gospodyni domowa dorabiająca sobie usługami fryzjerskimi…

On: Zarabia dobrze, całkiem nieźle jak na wiejskie warunki i polską rzeczywistość…

Ona: Swoje niewielkie w stosunku do Niego pieniądze próbuje odłożyć dla siebie. Kończy się to jednak tym, że kupuje coś do domu lub dokłada do życia.

Dzieci: Dwoje w wieku gimnazjalnym…

Wyjechali po wielkich namowach Pana Ciężko Pracującego całą rodzinką na trzy dni. Ona cała szczęśliwa, że dał się przekonać, On mniej ale też, bo w końcu i Jemu urlop się należy…Powinni wrócić opaleni, zadowoleni…

On: Gdy z portfela w pierwszy dzień uciekło parę stówek, bo: paliwo, nocleg, obiad…to już ryba przestała mu smakować – ta z obiadu 😉

Ona: Zobaczyła Jego minę, gdy z każdym dniem, godziną dobry nastrój się mu ulatniał, wprost proporcjonalnie do ubywających z portfela banknotów…

Wrócili…opaleni…

On do Niej: Widzisz, gdyby nie wyjazd miałabyś już szafkę do łazienki…

Ona do dzieci: Kupujemy skarbonkę i zbieramy przez cały rok na następne wakacje…bez Niego

Wypiłam kawę i wyszłam…o mało co nie z siebie ;))

Niemoc…

Z trudem otwieram oczy…
Ciężkie krople uderzają w okno dachowe…coraz intensywniej…Znowu dzień mnie budzi ponurym swym obliczem…a tak lubię, gdy promyk słońca wdziera się rankiem do sypialni…
Nie mam siły, ani ochoty wynurzyć się spod kołdry…Wyjść naprzeciw nowemu dniu…I ta cisza panująca w domu…taka rzadka od paru tygodni. Wprawdzie zagęszczenie na metr kwadratowy się trochę zmniejszyło (część tymczasowych domowników śpi w drugim domu), to tylko ranki są spokojne…Najchętniej zostałabym w łóżku, wsłuchując się w deszcz i czekając na słońce…
Jakaś niemoc mnie ogarnęła…
Zamykam oczy…
Czuję zapach kawy…coraz intensywniejszy…
Krzątaninę w kuchni…Zanim pomyślałam, już gorący kubek z tak dobrze znanym zapachem i smakiem był na wyciągnięcie ręki…
To nic, że lubię w letnie poranki pić na tarasie, to nic, że pogoda dziś mi to uniemożliwiła…To nic, że trochę ze mnie w ostatnich dniach powietrze uszło…Przejdzie, bo MUSI!
Pada …ale ja wiem, że znowu słońce wyjdzie :))).

Krzyk…

Słowa wyrzucone z szybkością karabinu maszynowego…

Potrzebne…niepotrzebne…?

Nie wiem…

Sen miał przynieść spokój i ukojenie.

Noc zapomnienie.

3.00 nad ranem…ból głowy i natarczywe bzyczenie komara nie pozwala spać…

A może to myśli kłębiące się w głowie…

Nie wiem.

Słyszę pianie koguta, powoli budzi się nowy dzień…Gdzieś w oddali szczekają psy, a ja usilnie próbuję zasnąć…

Nie myśleć…

4.50…daję za wygraną, zapalam światło i z butelką wody niegazowanej , pogryziona i zapuchniętymi oczami sięgam po jedną z książek…

Próbuję czytać…

Świeży powiew rześkiego powietrza wdziera się do sypialni…

Noc nie przyniosła spokoju…

Co przyniesie nowy dzień?…