Bum…

Przez moment zrobiło się gorąco…Ogrzewanie wyłączone, słoneczko przygrzewa, termometr w samochodzie wskazuje 19 stopni. Dziewiętnaście!!!…na zewnątrz!!!Szok…Słońce oślepia, chcę założyć okulary, które jeszcze przed chwilą miałam na głowie…macam ręką…Nie ma! Zdenerwowana szukam w torbie…i nagle bummm! Przyrżnęłam facetowi w tyłek….Matko jedyna pierwszy raz w życiu. Widzę kątem oka, że wysiada i ogląda swój kuper…tzn. samochodu, a ja nadal szukam gorączkowo okularów, coraz bardziej przerażona, że je zgubiłam. Zrobiło mnie się dopiero gorąco. Znalazłam…na tylnym siedzeniu, widocznie zsunęły mnie się jak wkładałam torbę. Ufff….Facet coś do mnie mówi, więc otwieram okno i słyszę, że jemu nic się nie stało…Uśmiecham się szeroko i przepraszam, sama nie wysiadam, bo i tak już się zrobił korek za nami. Dopiero pod domem obejrzałam sobie dokładnie…wgniecenie wielkości kulki od haka. Na mój gust nieduże. Zobaczymy jaki gust ma mój mąż. Jeszcze nie widział, choć go poinformowałam o stłuczce. Oczywiście od razu stwierdził, że za szybko jeżdżę. A figa z makiem, akurat jechałam wolno, nawet hamowałam bo zbliżałam się do ronda…Po prostu szukałam okularów…Ale tego mu nie powiedziałam. Nie zrozumiałby…;))

Chwila ciszy…

Torba stoi jeszcze nierozpakowana, ale to u mnie normalne, bo pakowanie i rozpakowywanie to moja zmora. Pakuje się zawsze na ostatnią chwilę, szybko, w myśl zasady, że dokumenty i pieniądze są najważniejsze i tego staram się nie zapomnieć. Reszta …no cóż, zdarza się, że coś przeoczę;((. Wszyscy bliscy znają tę moją zmorę, więc jak mnie przyjaciółka odbierała z lotniska, to w ogóle się nie zdziwiła, że na 7 tygodni przyleciałam z torebką na ramieniu ,a Tuśka miała mały plecaczek. Szczególnie, że przed naszym odlotem dzwoniła, wiedząc, że jeszcze pakowanie w proszku i dając mi rady, żebym nie brała dużo rzeczy bo akurat są wyprzedaże to się obkupimy. Śmiała się, że trochę za bardzo dosłownie wzięłam jej słowa…ale uspokoiłam ją, że nasze dwie walizki zostały jeszcze w Europie, bo nie zdążyły się przesiąść na drugi samolot. Później to ona mnie pakowała i z dwóch walizek zrobiły się cztery…..;)) Rozpakowuję się za to powoli, etapami i czasami trwa to parę dni…Tak już mam…Dom doprowadziłam już do używalności .Nie było tak źle, ale ścierki do kurzu i odkurzacza nie mieli w ręku…Najczyściej o dziwo było w Tuśki pokoju…Tajemnica rozwiązała się po jej telefonie…był u niej kawaler …Zasugerowałam by częściej go zapraszała 😉

A teraz oprócz kawy delektuje się ciszą….Lubię ciszę…lubię pobyć sama. Jest mi potrzebna do poukładania myśli, wrażeń, okiełzania emocji. Nieczęsto mi jest dana, dlatego czasami wytęskniona…Cisza od słów…własnych i innych. Potrzebna po to by znów zatęsknić za nimi i pogrążyć się w rozmowach…Jeszcze chwilka…

Idzie….

Zawsze zazdrościłam Niemcom dróg…i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Choć w tamtą stronę jechałam całą drogę w strugach deszczu i moje wycieraczki były zmuszone do wytężonej pracy i wzrok też, bo spod kół tryskała fontanna wody, to i tak jechało się super. Pogoda dopisała, choć temperatura tak około 9 stopni, ale ani śladu śniegu i słoneczko świeciło już do końca pobytu. Było czuć wiosnę…przed sklepami wystawione kwiaty, sprzedawcy nie musieli się martwić, że im pomarzną…Weekend spędzony na pogaduchach do białego rana, spacerach, i co tu dużo ukrywać…na obżarstwie…Przywiozłam sobie suszone pomidory w zalewie…pychotka z twarożkiem na ciemnym pieczywie…Trochę mi mina zrzedła jak zobaczyłam 60 km przed granicą śnieg….a temperatura spadła poniżej zera…Ale to już ostatnie podrygi zimy…Wiosna nadciąga z zachodu….

Wyjazd…

Jutro po południu wyjeżdżam na zachód 500km…przekroczę granice. Nie wyruszam na poszukiwanie wiosny, ale jeśli zobaczę jakiekolwiek ślady, że ona tam już jest, to obiecuję…przyciągnę JĄ do nas…całą siłą moich koni mechanicznych. Jadę do przyjaciół…spotkanie przekładane od listopada w końcu nastąpi. Zabiorę ze sobą dobry humor i nastrój, a smutki zostawię na miejscu…Może je śnieg przykryje, a gdy słońce mocniej przygrzeje, to wraz z nim się roztopią i jak wrócę ani po jednym ani po drugim nie będzie już śladu…Może…Nie będę sobie teraz tym głowy zaprzątać. Bo cieszę się jak małe dziecko, które właśnie otrzymało niespodziewany prezent.

Biorę ze sobą kosz wiejskich jajek i w związku z tym przypomniało mnie się:

Malutki Misiek pierwszy raz widział małe żywe kurczaczki. Dziadek objaśnił mu skąd się biorą. Na drugi dzień rano pytam się go co będzie jadł na śniadanie.

-Jajecko-odpowiada

-Jajecko to ty jadłeś już wczoraj, a nie można tak często jeść jajeczka.

– A co wypluły się z niego ptasyska???

I tym jajecznym akcentem życzę wszystkim udanego weekendu:))

List…

Post „Nie napisany list” i słowa, że ktoś na niego czeka…wywołały u mnie wspomnienia o liście napisanym i wysłanym, który wpłynął na życie bliskiej mi osoby. Słowa w nim napisane, na pewno nie były oczekiwane…

Porzucił studia i wyjechał do Austrii, gdzie znalazł się w obozie dla uchodźców, a następnie z grupą innych ludzi został ulokowany w pensjonacie, by tam czekać na sponsoring wyjazdu do Kanady. Poznał Ją…zakochał się. Miał więcej szczęścia niż ona, bo już po trzech miesiącach znalazł się za oceanem. Tęsknił za nią i chciał, żeby jak najszybciej do niego dołączyła. Wiedziałam o wszystkim, bo korespondowaliśmy ze sobą, miałam nawet jej zdjęcie. Cieszyłam się jego szczęściem…tym bardziej że kiedyś sama go zraniłam…odchodząc do innego, nadal jednak utrzymywaliśmy bliskie kontakty. Los dla nas był przewrotny, bo cztery lata wcześniej, gdyby on dostał wtedy paszport, ucieklibyśmy razem…Sama nie chciałam, dopiero byłam po maturze, więc wróciłam… zdałam na studia…i po jakimś czasie się z nim rozstałam. Los dał mu szansę wyjazdu…skorzystał…Ja już byłam w innej bajce…szczęśliwa mężatka w ciąży…I cieszyłam się, że i jemu zaczyna się układać. Jednak zbieg okoliczności spowodował, że dowiedziałam się, że to „szczęście” ma skazę…W tym pensjonacie na wyjazd też czekał brat szwagra mojego męża, który pojechał do niego, by się z nim pożegnać przed jego dalszą emigracją. W międzyczasie od mojej mamy a ona od rodziców J. usłyszałam, że J. chce ściągnąć tę dziewczynę, żeniąc się z nią, by dłużej nie czekać na jej przyjazd, który się przedłużał. Gdy wrócił szwagier, od słowa do słowa, potwierdzając to zdjęciami, okazało się, że ta dziewczyna ma tam już kogoś innego, a J. chce wykorzystać na szybki wyjazd za ocean. Jednym słowem nie była wobec niego uczciwa. Nie wiedziałam co z tą wiedzą robić. Trzy dni o niczym nie myślałam tylko o tym, jak mam w tej sytuacji postąpić. Napisałam…Nie pisałam mu konkretnie, czego się dowiedziałam, tylko prosiłam go, żeby się zastanowił, poczekał na nią, aż sama przyleci. Bo małżeństwo to poważna sprawa, a wy się tak krótko znacie. Daj szanse sobie, by lepiej się poznać. Boże jak trudno mi było wysłać ten list, bo jakie ja miałam prawo by się wtrącać?? Zaufał mi…od razu wiedział, że za tymi słowami kryje się coś więcej…znał mnie doskonale i wyczuł, ile mnie to musiało kosztować. Obecnie po otrzymaniu obywatelstwa, wrócił do Polski, ma cudowną żonę i dwie córeczki. Starsza nosi moje imię. Gdybym nie wysłała tego listu, być może skomplikowałby sobie życie.

Życie stawia nas czasami w trudnych sytuacjach… i z pytaniem, czy mamy prawo wejść w czyjeś życie z butami, otworzyć komuś oczy na to, co my widzimy, bo osoba zaślepiona miłością nie dostrzega? I jak to zrobić, by nie zranić tej osoby…by jej nie stracić, bo i tak bywa? Czy lepiej milczeć i czekać aż samo jakoś się rozwiąże? Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Smaki…i kwiaty…

Wczoraj:

-Coś bym zjadł słodkiego…masz?- pyta się mnie mój mąż

-Coś tam mam -idę do kuchni- jest kawałek jabłecznika, eklerki na wagę, czekolada…o   jeszcze   Nimm 2

– Eeeee…nie…śledzika bym zjadł…

-…???aaa z rodzynkami , po sułtańsku – domyślam się

– No coś ty wystarczy cebula…

 Zaniemówiłam…że kolory mu sie czasami mieszają to wiedziałam , choć nie jest daltonistą…Ale smaki!?

Dzisiaj:

Obudziłam się..już go koło mnie nie było. Na dole też nie…Na stole w wazonie wiosenne kwiaty i karteczka….Nie powiem NIESPODZIANKA…tym większa,że rzadko pamięta, rzadko kupuje kwiaty…Gdyby korzystał z komputera to podejrzewałabym ,że czytał naszą rozmowę z Cami 😉

WSZYSTKIM KOBIETKOM ŻYCZĘ WSZYStKIEGO NAJ NAJ NAJ…A PRZEDE WSZYStKIM ,ŻEBY ZAWSZE CZUŁY SIĘ KOBIECO!

 A teraz idę dzwonić do mojej przyjaciółki…ma dziś urodziny.

 

 

Śladami…

Weekend minął mi na poszukiwaniach….Najpierw szukałam suszarki, nie było jej w łazience, w Miśka pokoju, bo domyśliłam się, że to on musiał używać…i nigdzie w tych miejscach co mogła być, a nie powinna. Wkurzona z mokrą głową biegałam po domu z marnym efektem. Wcięło, zapadła się pod ziemię…Dzwonię więc do syna, choć wiem, że być może już pisze konkurs z matematyki i nie odbierze, więc spóźnienie mam jak w banku. Odebrał…syczę mu do słuchawki…gdzie suszarka!!!!….Przy lustrze-odpowiada mi konspiracyjnie i mówi, że nie może już rozmawiać i się rozłącza. Hmmm…przy lustrze…w domu są trzy po jednym w każdej łazience, ale tam nie ma!!!…zostało jeszcze to w holu, więc zbiegam na dół. Nie ma. Coś mnie tknęło i weszłam do garderoby…owszem na jednej z półek z butami leży sobie suszarka. Ufff. Zdążyłam…Odebrałam Tuśkę z dworca autobusowego i wysadziłam pod domem, sama jeszcze miałam coś do załatwienia. Po nie całej półgodzinie wracam…na dole telewizor włączony i głośno gra muzyka z MTV, w kuchni pozostałości po robieniu sobie jedzenia i nieschowane do lodówki produkty, w pokoju na półpiętrze włączony komputer, a przed nim talerz z okruchami…więc zjadła. Na górze w jej pokoju torba rzucona na łóżko i grające radio…w łazience zrzucony ręcznik na podłogę i zapalone światło nad lustrem. Ślady bytności w domu córci…a po niej ani śladu…tak się spieszyła do koleżanek, nawet nie zdążyłam z nią porozmawiać. Mogłam to zrobić w samochodzie, jadąc do domu…mogłam, gdyby nie fakt, że odebrała trzy telefony, sama dzwoniła raz i cały czas SMS-owała. Nie chciałam przeszkadzać….Szukałam też faktur, które gdzieś się zawieruszyły…Znalazły się. Nie wspomnę o kluczach, długopisie, ulubionym nożyku do obierania i smyczy psa, która wisiała sobie na wieszaku, rzadko używana i w momencie, kiedy była potrzebna …dostała nóg…Nie znalazła się. Nie znalazły się też filmy na DVD, które pożyczyć przyszedł kolega…cały stosik…a dałabym sobie głowę uciąć, że są w domu…a jeśli nie, to jemu właśnie pożyczyłam. Ale nie…więc KOMU??? Na poszukiwanie wiosny już mi nie starczyło sił…I tak żadnych śladów bym nie znalazła…Nowa dostawa śniegu przysypała WSZYSTKO!

Teściowe…

Dziś podobno jest Dzień Teściowej…podobno, bo pierwszy raz słyszę o takim dniu. Zastanawiam się czy w ogóle ktoś go obchodzi, czy teściowe wiedzą, a synowe pamiętają?

Moje stosunki z teściową mogę dyplomatycznie nazwać jako poprawne. Nie jest to osoba, która ingeruje w nasze życie. Raczej pomaga niż przeszkadza. Jest przede wszystkim bardzo kochaną babcią, zapatrzoną w swoje wnuki…sztuk cztery. Dwie wnuczki od córki oraz wnuczkę i wnuka od syna. Jednak ja choć mam do niej szacunek, to nie pałam jakąś wielką miłością, bo jest osobą, z którą ciężko się rozmawia. Trzeba uważać na słowa wypowiadane, by nie być źle zrozumianym, bo wtedy obraza na całego. Wystarczy mieć inne spojrzenie na sprawę niż ona i konflikt gotowy. Z własnego domu, jako jedynaczka wyniosłam to, że mogę swoich rodziców a oni mnie, traktować jako partnerów do rozmów. Ciężko więc mnie się było przyzwyczaić do ważenia własnych słów, by nie wywoływać konfliktów. I te konflikty były…czasami aż iskry leciały. Moja córcia też już dostrzega to, że z babcią nie można porozmawiać, swobodnie wyrazić swoje poglądy…Często jest źle rozumiana i by załagodzić sprawę długo musi klarować babci o co jej chodziło. Więc woli już się nie odzywać. Moja teściowa po prostu lubi mieć rację. Będąc biegłą księgową, cenioną w swoim fachu, żyjącą w świecie uporządkowanych cyferek, próbuje podporządkować sobie nasze słowa. Trudne a wręcz niemożliwe byłoby się z nią zaprzyjaźnić. Nawet nie próbowałam…to nie ten typ. Hierarchia ważności musiała być zachowana. Zresztą ona nawet nie ma jakieś swojej bliskiej koleżanki, nie mówiąc już o przyjaciółce. Nikt nie wpada do niej na kawę czy herbatę. Ona do nikogo nie chodzi.Jest osobą bardzo oszczędną i skrupulatną, co w jej wydaniu bywa męczące. Ale tak naprawę nie mogę narzekać. Mogłam trafić gorzej. Na przykład tak jak moja Przyjaciółka, która z teściową się w ogóle nie odzywa bo solidaryzuje się z własnym mężem, który z własną matką ma konflikt. Robiąc przegląd po znajomych dochodzę do wniosku, że więcej konfliktów jest między teściowymi i synowymi niż teściowymi i zięciami. Więc może problem tkwi w synowych?? a może się mylę? Pewnie problem, który jest jak świat stary, leży po obu stronach…ale szala wagi przechyla się po stronie….no właśnie….???…. Może nie będę się wypowiadać, w końcu też będę teściową…zarówno dla zięcia jak i synowej…mam przynajmniej taka nadzieję;)))

Obserwatorki…

Niestrudzone obserwatorki wiejskiego życia. Stojące przy płocie lub siedzące w otwartych oknach, opierające swoje łokcie na miękkich jaśkach. Wszystkowiedzące, szybciejwiedzące, lepiejwiedzące...Gdy tylko słoneczko zaświeci i powieje cieplejszy wiaterek…to stały element wiejskich dróg, a miejscem ich zebrań -to sklepy. Wystarczy przejść się z jednego końca w drugi, by dowiedzieć się, że pani X jest w ciąży, pan X zdradza ją z panią Z, a pani Y jest ciężko chora, pan Y to pijak i awanturnik…Kto kupił samochód z komentarzem skąd miał na to pieniądze…ten stracił pracę, a tamtemu udało się gdzieś zaczepić…małoletnia córka tamtych pije, pali i źle się prowadzi…Niebezpiecznie się przy takich zatrzymać, powiedzieć zwykłe „Dzień Dobry”, lub trafić na kolejkę w jednym ze sklepów…nie wypuszczą już ze swych szponów, zarzucając informacjami na temat innych lub próbując pociągnąć za język osobę zatrzymaną. Doświadczyłam tego nie raz…nieraz pewnie sama dostarczyłam „sensacji” i choć mieszkam już tu parę dobrych lat, to nie mogę się do tego przyzwyczaić. Przyzwyczaić się do kłopotliwych pytań, na które nie mam ochoty odpowiadać. Kłopotliwych rozmów, w których nie mam zamiaru uczestniczyć. Dlatego tak tęsknie za anonimowością dużego miasta…

Denerwujące…

Kogo denerwują takie rzeczy jak niedokręcone wszelakie zakrętki, to wie co mam na myśli. Mnie denerwują strasznie…pal licho pasta do zębów, choć później zgrzytam zębami, że wysycha. Lub butelka z wodą mineralną, bo i tak pijam niegazowaną. No ale tonik do twarzy, który potrąciłam sięgając po coś innego z szafki…to już lekka przesada, bo połowę się wylało. Ale szczytem było niedokręcenie buteleczki z makeupem i upaćkanie całej kosmetyczki i wszystkiego co tam było…a było akurat sporo, nie wspomnę, że w owej buteleczce zostało wspomnienie po zawartości. No strasznie mnie to denerwuje…tym bardziej, że to ja sama nie dokręcam…ot co!

Dziś odbyłam podróż…z pkt A do pkt B. Normalnie jadę w półtora godziny…dziś prawie zajęło mi to trzy godziny. Bo tam na górze komuś się pokićkało…chyba robią porządki wiosenne. Albo Anioły pierze zmieniają…tzn. garderobę na lżejszą…i to wszystko sypią nam na nasze drogi. Na dodatek wiało, tak mocno, że nawiało śniegu z pól i zaspy się porobiły…No a drogowcy śpią…i śnią o wiośnie…A ja jej w ogóle nie widziałam…przez całą drogę nic a nic…nawet jednego ptaszka…Chciałam kupić sobie prymulki w doniczkach by na parapecie postawić, weszłam do sklepu…było kilkanaście…jakieś takie mizerne, zwiędnięte, zmarznięte..zrezygnowałam…Kupiłam dwa pęczki szczypiorku, a co tam też zielony!

A wiosna jest…ale na blogach…idę jej poszukać!