Powsinoga…

Wyszedł wieczorem i nie wracał…Za oknem ciemno…wiało…świstało…gwizdało..cała orkiestra. Postanowiłam poczekać na niego, włączyłam telewizor, położyłam się na kanapie i popijając herbatkę…czekałam. W TV leciał jakiś film, a ja nasłuchiwałam czy nie wraca…Nie. Zasnęłam, obudziły mnie odgłosy wiatru i wciąż grający telewizor…Spojrzałam na zegar…za 15 minut 5 -rano…Cała obolała, bo nieprzyzwyczajona do spania na kanapie tylko w swoim wielgachnym łożu, zaczęłam się martwić, że już nie wróci. Przecież nigdy coś takiego się nie zdarzyło. Już nie spałam, wstałam, zrobiłam sobie kawkę i tak jakoś smutno mi było na duszy…no i co powiem dzieciom? Wyszłam do sklepu…rozejrzałam się wkoło czy go gdzieś nie widać…może już nadchodzi? W sklepie spotkałam sąsiadkę, która mówi, że był u niej…no to gdzie polazł teraz? Zła już byłam, ale wiedziałam ,że nic mu nie jest, nie potrącił go żaden samochód…Wrócił w południe…z podkulonym ogonem…powsinoga jeden. Przespał cały dzień i następny…