Pogoda…ducha i za oknem…

Wyrwał mnie wczoraj z głębokiego snu dźwięk komórki… w pierwszej chwili pomyślałam, że przecież nie nastawiałam budzika…spojrzałam na zegar wiszący na ścianie i aż wrażenia usiadłam bo była już 8.30, a przecież mieliśmy wyjechać o 8-mej. Pewnie to mąż wysłał mi sms-a, że zaraz będzie i żebym była gotowa. Biorę do ręki telefon…nie…to córcia…literki mi się zlewają, nic prawie nie widzę…zapalam lampkę nad głową..lepiej..ufff wiadomość dobra, nawet bardzo…jestem dumna…spoglądam w górę i widzę, że przez roletę w oknie dachowym sypialni przedziera się słońce. Dzień się zaczął cudnie…chce się żyć….Jadąc przez lasy gdy tak słoneczko pięknie świeciło, chciało się choć na moment zatrzymać i pospacerować. Uzmysłowiłam sobie, ze choć do lasu mam tak blisko jak przysłowiowy rzut beretem to ostatni raz byłam…końcem października…na grzybach. To ten czas…ciągły jego brak…a może zwykła wymówka?? Kolejny raz przyrodę podziwiam z okien samochodu…A dziś obudziły mnie krople deszczu…coraz intensywniejsze…natarczywe…Gdzieś tam na południu kraju powiało zimą…a u nas nadal chlapa, błoto i temperatury dodatnie…Chciałabym, żeby wiosna już przyszła i na dobre się rozgościła…ale żal mi też, że nie było choć przez parę dni prawdziwej zimy…Może jeszcze zawita?…a wtedy jak co roku zrobimy kulig…z ogniskiem na polanie i z herbatką z rumem i pieczeniem kiełbasek…Pije kolejną kawę by się rozbudzić…robota czeka, aż wezmę się za nią, okna już całkiem zalane strugami deszczu…i znowu nic się nie chce…