M…jak

Gdy spojrzy swoimi mądrymi, dużymi brązowymi oczami…to w sercu robi się cieplej, smuteczki szybko się ulatniają. Lubię ten moment tak,  jak po wczorajszym ciężkim dniu, położyć się na chwilkę przed TV z kubkiem gorącej herbaty i przytulić się do niego. Hmmm…właściwie to on wtula się we mnie, patrząc z oddaniem i domagając się pieszczot. Jest cały brązowy, nawet nosek ma w tym kolorze. Jeszcze młodziutki, więc broi strasznie i czasami już mi ręce opadają np. na widok kwiatów powywracanych albo pozjadanych…Nie mówiąc już, że wchodząc do domu trzeba się dobrze rozejrzeć, żeby nie wdepnąć w jakąś niespodziankę;) Jeszcze do niedawna mój mąż nie wyobrażał sobie psa w domu…owszem na podwórku jako stróża… Dwa dni temu, siedząc ze znajomymi trzymał go na kolanach i powiedział, że gdy cały dzień człowiek ma do czynienia z” ludźmi „i ma się tak naprawdę serdecznie wszystkiego dość, to kontakt z kimś bezinteresownym, oddanym i ufnym jest po prostu nagrodą i ukojeniem. I już nie wyobraża sobie, żeby go z nami nie było. Bo on jest naprawdę mądry…wyczuwa kiedy jest źle, smutno i beznadziejnie, wyczuwa nasze nastroje…potrafi rozbawić. Nierasowy, zwykły kundelek… nasz przyjaciel…M jak….Maks.